Nie pozostaje mi nic innego jak Was przeprosić i podziękować za dbanie /chociaż kiepskie ono było/ o moje ognisko. Nie będę się tłumaczyć, bo nie ma to sensu. Taką mam tylko wiadomość dla Piskala: Jeszcze do pionu od naszego ostatniego spotkania się nie wyprostowałem… Zima się zrobiła, mróz trzyma, śnieg leży, więc trzeba się rozgrzać.
Ranek jest piękny. Słoneczko świeci. Mam też plan. Plan jest prosty. Pokażę Renatce miejsce, w którym stała kiedyś leśniczówka. Nie jest to może ambitny plan, ale jakiś w końcu jest. Po śniadaniu odpalam Strzałę i jedziemy w jedynie możliwym kierunku. Na skrzyżowaniu skręcam w prawo i dalej mkniemy przed siebie. Dalej skręcam w pierwszą drogę w prawo / tą drogę, która prowadzi na koniec Polski/ i wspinamy się pod górę. Początek drogi jest wyremontowany, dalej już gorzej. Od razu swojsko się robi. Jakieś 50 metrów przed maską przeskakuje drogę płowa zwierzyna. Nie był to żubr, ale nie był to i zając. Ot. taka w sam raz. Kiedy włączyłem aparat, to mogłem tylko przyrodę nieożywioną fotografować. Kiedy dojechałem do metropolii, to zatrzymałem się przy pierwszym domu po lewej stronie drogi. Mógłbym też napisać, że jest to przedostatni dom po tej stronie drogi. Sprawdzam, czy jeszcze można tutaj osik zjeść. Można. Jedziemy dalej. Na wysokości łąki parkuję. Dalej idziemy pieszo. Między łąką a lasem płynie sobie potok. Musimy go przekroczyć, co czynimy z powodzeniem. Dalej pniemy się pod górę. Byłem tutaj, ale dawno. Myślę, ze opisywałem to w jakiejś swojej relacji. Teraz drogi sobie nie przypominam. Mozolnie pniemy się pod górę. Żeby było ciekawej porzuciłem ścieżkę i szliśmy na przełaj przez las. Las tam przedni rośnie. Taki jak lubię, to znaczy dziki bardziej /bez względu na to, co Marcin odpowie na to określenie/. W końcu stromizna robi się coraz bardziej znośna. Oznacza to, że wychodzimy na grzbiet. Śmiało skręcam w lewo, bo wydaje mi się, ze jest to jedynie słuszna droga. Znalazłem słup betonowy, na którym jakiś mieszkaniec Przeworska zaznaczył swoją obecność. Nie starczyło mu tylko miejsca, żeby napisać, kiedy tam był. Pomimo usilnych poszukiwań miejsca po leśniczówce nie znaleźliśmy. Trudno, znajdę je kiedyś… Ale góra fajna jest. Ma to, czego nie ma na przykład Tarnica. Na tej górze nie ma ludzi. Jest cisza i przyroda. Co chwilę przystajemy i słuchamy ciszy. Tylko od czasu do czasu jakiś pies w metropolii zaszczeka. Czas nam szybko mija. Czas schodzić. Teraz prowadzę żonę na tak zwaną kreskę. Nie wiem, czy to był dobry dla niej sposób. Oj pochaszczowaliśmy sobie wtedy. Ja byłem zadowolony, ale Renatka niekoniecznie. Trudno tak też czasem musi być. Schodziliśmy powoli po dosyć dużej stromiźnie. Doszliśmy do takiego miejsca, że dalej nie można było iść. Byśmy spadli gdybyśmy poszli dalej. Trzeba było trochę wejść pod górę i obejść to miejsce. Mimo, że się to Renatce nie podobało nie usłyszałem złego słowa na to chaszczowanie. Ona lubi jednak normalne ścieżki. Dosyć zmęczeni wróciliśmy do samochodu. Podjechaliśmy do karczmy. Obsada karczmy mizerna, część personelu jest już na nowym miejscu. Zjedliśmy najlepszego pstrąga w Bieszczadzie i pojechaliśmy na nowe miejsce. Tam gospodyni uraczyła nas ciastem własnego wypieku. Było boskie. Do spotkania z Piskalem mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc jeszcze jedno ciasteczko. W końcu nadszedł czas, aby pojechać pod kultową wiatę. Zaparkowałem przed sklepem i podeszliśmy się przywitać. A pod wiata aż ciemno od luda. Prawie nie było gdzie usiąść. Poszedłem po piwo i colę dla Renatki. Uważni ogniskowicze wiedzą, jakie piwo nabyłem drogą kupna. To najlepsze. Przy stole okazało się, że ludziska piją różne napoje nie tylko chłodzące, jak to pod kultową wiatą. W doborowym towarzystwie czas szybko mija. Może się powtarzam, ale taka jest prawda. Nadszedł czas rozłąki. Postanowiliśmy wracać do Wołosatego, ale przedtem umówiliśmy się na następny dzień. Umówiliśmy się na górze. Podczas powrotu kierowniczką była Renatka, a ja tylko wskazywałem właściwy kierunek. W Ustrzykach byliśmy trochę głodni, więc zjedliśmy małe, co nieco w barze na parkingu. Po powrocie do Wołosatego Renatka chwyciła książkę, a ja poszedłem jeszcze na cmentarz. I tak minął kolejny dzionek
C.D. N. Mam nadzieję, że szybciej…


Odpowiedz z cytatem