Proszę bardzo...
Rano robimy nic. Lubimy to robić. Potem postanawiamy spędzić ten dzień lajtowo. Bolą nas nogi i chce się nam robić nic. W końcu się zbieramy. Pogoda niezbyt szczególna. Zanosi się na deszcz. Karawan jak zwykle wiezie nas na północ. Dzisiaj na wysokości strażnicy skręcam w prawo. Po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymuję się. Wchodzimy na ścieżkę, która nie jest szlakiem turystycznym, ale jest na terenie BPN. Wiem, wiem… znowu coś złamałem. I wiecie co? Nie czuję wstydu, ani żalu. Wchodząc tam byłem przygotowany na to, że mogę ponieść konsekwencje. Na pocieszenie /swoje/ powiem, że nie schodziliśmy ze ścieżki. Ścieżka, a raczej droga prowadziła nas prosto. Panowała tam absolutna cisza, oczywiście nie licząc potoku, który do nas po swojemu szemrał. Cudowne miejsce, a tak blisko cywilizacji. Z każdym metrem ścieżka robiła się coraz węższa. Działo się to za przyczyną przyrody, która działała bez zarzutu. Droga po prostu zarastała. Doszliśmy do jakiegoś zawalonego mostku, za którym stała wiata, też oczywiście zawalona. Czas i pogoda swoje zrobiły. Zostawiłem Renatkę przy mostku, a sam poszedłem spenetrować teren. To, co zobaczyłem to moje. W końcu wróciliśmy do karawanu. Nie rozpędzałem się za bardzo, bo znowu chciałem cos zobaczyć, a raczej czegoś poszukać. Kiedy dojechałem do miejsca, w którym chciałem się zatrzymać to stanąłem. Renatka kiedy zobaczyła mocno zarośnięta łąkę to zastrajkowała i nie wyszła z karawanu. Łażę więc sam po pobliskiej łące w poszukiwaniu historii. Trochę jej znalazłem, ale nie za dużo. Jestem ciekaw, kto jeszcze z osób siedzących przy ognisku łaził po tej łące. Każdy, ale to absolutnie każdy z Was koło niej przejeżdżał i to chyba nie jeden raz. Zadowolony z siebie wróciłem do karawanu. Pojechaliśmy dalej. Ale znowu nie za daleko. Tak ino ciut ciut. Zaparkowałem na wyznaczonym do tego miejscu i poszliśmy na wycieczkę. Po lewej stronie w dole zostawiliśmy kościół i poszliśmy pod górę. W pewnym momencie w błocie zobaczyliśmy tropy misiaczka. Renatka się wystraszyła i nie chciała dalej iść. Przekonałem ją, że w razie czego rzucę się na miśka w jej obronie. Poszliśmy dalej. Doszliśmy do drogi, przy której stał zegar. Nie chodził, nie dzwonił, ale stał. Stał, ale bardzo przydatny był. Można było się wiele od niego dowiedzieć. Obserwując zegar i nasłuchując odgłosów z lasu ani nie zauważyliśmy, że z góry coś zaczęło kapać. Po chwili z kapania zrobił się regularny deszcz. Prypiczek będzie musiał poczekać. Postanowiliśmy wracać… Przy karawanie posiedzieliśmy trochę pod wiatą. Kiedy przestało padać wróciliśmy na południe. W barze przy parkingu zjedliśmy obiad i pojechaliśmy dalej. Tak na marginesie w tej metropolii nie ma lepszego miejsca, żeby coś smacznego zjeść niż ten bar na parkingu. Kiedy dojechaliśmy do Wołosatego to się trochę wypogodziło. Renatka postanowiła poczytać, a ja wybrałem się na poszukiwania wiosny. Kiedy wróciłem, to jeszcze z gospodarzem, co nieco zdziałaliśmy. A jutro…, ale to później


Odpowiedz z cytatem