Od maja pamiętnego roku minęło parę miesięcy, więc wybaczcie Bertrandowi luki w pamięci ale obiecuję, że będę się starał…..
Piotrkowy napitek jak zwykle wszystkim smakował. I jak ro z dobrym trunkiem bywa szybko się skończył. Okazało się jednak, ze nie tylko ja coś miałem w plecaku. Czas szybko mijał w przyjacielskiej atmosferze. W końcu zebraliśmy się do drogi. Nie, żeby powrotnej. Postanowiliśmy pójść nad San. W tamtej okolicy trzeba mieć pecha, żeby idąc prosto nie trafić nad rzekę. Ruszyliśmy w kierunku wskazanym przez Stałego Bywalca. Przez łąkę, lekko pod górę. Taki sobie spacerek po trawie. Z daleka zza rzeki połyskiwała kopuła. Niestety, to już nie po naszej stronie…. Minęliśmy niewielkie wzniesienie i zeszliśmy w dół. Nie, nie do Sanu. Najpierw zatrzymaliśmy się w pewnej Rezydencji. Rezydencja była pusta i zamknięta. Jej plusem jest to, że ma taras. Zmęczeni wielkim wysiłkiem na jaki musieliśmy się zdobyć aby tu dotrzeć z bacówki zalegliśmy na rzeczonym tarasie. Okazało się tam, ze nasze plecaki są bez dna. Na stole pojawiło się szkło. W końcu poderwałem Towarzystwo do zejścia nad najpiękniejszą po Warcie rzekę w Polsce. Żartów nad rzeką było sporo ale jakoś nikt się nie odważył przejść na drugi brzeg. A wody w rzece niewiele było i po kamieniach dało by się. Nikt też się nie kąpał, a szkoda.. Liczyłem na Miss Mokrego T-shirta. Może następnym razem. Wróciliśmy do Rezydencji ale tylko na chwilę. Po burzliwej naradzie jednomyślnie postanowiliśmy wracać do naszych Rydwanów inną drogą. Podobno będzie mniej błota. I co się okazało? Stały Bywalec miał rację błota jest znacznie mniej. Idziemy przez las, ale już bez takiego entuzjazmu i humoru. Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że wycieczka dobiega końca. Nie zdajemy sobie sprawy z jednego…


Odpowiedz z cytatem