Kiedy spadły na mnie pierwsze krople wody ruszyłem biegusiem przez łąkę. Renatka i reszta towarzystwa patrzyli na mnie zdziwieni. Ja natomiast galopowałem w nieznanym im kierunku. Ja wiedziałem dokąd biegnę. Wiedziałem, ze ona tam stoi, nie wiedziałem tylko, czy będzie ona gotowa przyjąć gości. Stała i czekała na nas, była otwarta. Wybiegłem na łąkę i zawołałem do reszty która zdziwiona mokła na drodze. Przyszli i weszli. Tam żałowaliśmy, ze nie mamy jakiejś kiełbasy ze sobą, bo moglibyśmy ja upiec w ogniu. Ten ogień to przesada, więcej było dymu niż ognia, ale nie ma dymu bez ognia. Tam przeczekaliśmy ulewę, a potem deszcz. Minuty, ba dziesiątki minut na rozmowie… Po pewnym czasie wyjrzałem na zewnątrz i stwierdziłem, że się przejaśniło. Po wygaszeniu ognia i zamknięciu drzwi poszliśmy jeszcze kawał drogi przed siebie. Na cmentarz. Nie jest to mój ulubiony w Bieszczadzie, ale swój klimat ma. Lubiłbym go bardziej gdyby nie te pociągi przejeżdżające nieopodal. Człowiek się zamyśli nad zwalonym nagrobkiem, a tu po uszach wali: toto, tak, toto, tak, to to tak. Czasem jeszcze zagwiżdże. Wielu z was się pewno zdziwi, ale bardziej podoba mi się ten kamień z wyrytym garnkiem niż ten ze zwierzęciem. Połaziliśmy, podumaliśmy i mając na uwadze kapryśną aurę postanowiliśmy wrócić na parking. Już trochę szybciej maszerowaliśmy niż w tamtą stronę. Niebo robiło się znowu coraz ciemniejsze. W końcu dotarliśmy na parking. Miałem jeszcze ochotę zaproponować wypad na dwa pobliskie cmentarze, ale nie odważyłem się nawet wyjść z tą propozycją. Wracaliśmy do cywilizacji. Nie żeby szybko, ale wracaliśmy. Minąłem dwie miejscowości, punkt widokowy, twierdzę ze strażnikiem i dojechałem do czego? Oczywiście do cmentarza. Za cmentarzem skręciłem w prawo. Minąłem dwie miejscowości i za rzeką skręciłem w stronę, dla odmiany cmentarza. Ale nie dojechałem do niego. Skręciłem w stronę nowego ośrodka. Tam podjechałem pod tymczasową Karcznę. Karczmarz, Karczmarka i Karczmarzątka się z nami serdecznie przywitali, nakarmili nas i napoili nawet. Pogadaliśmy chwilę znimi i nie zapominając o zapłacie opuściliśmy to gościnne miejsce. Przed samym wyjazdem obejrzałem wszystko i postanowiłem spędzić tam tydzień podczas urlopu. Wróciliśmy do Ustrzyk. Weszliśmy do miejsca gdzie miał się odbyć KIMB. A tam pełno znajomych. Ja nie wiem KIMB jutro, a oni doczekać się nie mogli. Młodzikom się nie dziwię ale byli tam i bardziej doświadczeni Bieszczadznicy. Siedzą przy stole i raczą się piwem. No to ja też się uraczyłem, a co nie mogę? Umówiłem się z częścią towarzystwa nza jutrzejszy dzień na małą wycieczkę i wróciliśmy z Polejem i jego rodzinką do Wołosatego. Wieczorem się rozpogodziło.


Odpowiedz z cytatem