Zapomniałem jeszcze o „Bitelsiakach” Agaty Widzowskiej Pasiak, książce, która jest „dla Dużych, którzy szaleją za Bitelsami, i dla Małych, którzy tylko szaleją…”
Czyż nie uroczy jest klimat, kiedy włączam płytę Beatlesów (koniecznie czarnogrającą!) i czytam taką np. perełkę:


Pewien chłopiec z Liverpoolu
Miał kieszenie jak balony
A w kieszeniach tych-jak w ulu-
Skarbów rój był umieszczony:
Dwa kamyki,
Długi sznurek,
Harmonijka,
Papier z piórem,
Jedna proca,
Okulary,
Dwa cukierki,
Gryf gitary,
Garść guzików,
Czekolada,
Duże szkiełko,
Mała żaba,
Żółta łódka,
Stara płyta,
Kij do łuku,
Sto pomysłów i marzenie-
„Ja za chwilę świat odmienię!”

Szybko sięgnął do kieszeni,
Żuki wnet w muzyków zmienił,
Zaczarował starą płytę
I podpisał ją The Bitels.


Kto mi teraz wytłumaczy
To angielskie trudne słowo?
Ono właśnie ŻUKI znaczy,
Które grały wystrzałowo!

Wyobrażamy sobie wtedy, że mały, tam, we wszechświecie brzucha, płynie żółtą łodzią podwodną poprzez truskawkowe pola na popołudniową herbatkę do sierżanta Pieprza.


Tyle dygresja, ale czy ostatnia w tej opowieści?
Kto wie?


Tymczasem…

Wspomnienie czwarte

Na deptaku w Ciechocinku

Sobota , 25 września. Do wyboru dostałem: Iść do Chatki Puchatka ze Stałym Bywalcem via Suche Rzeki, Wetlińska lub z Wojtkiem 1121 z Górnej Wetlinki. Na moje zastrzeżenie, że jeszcze jest trzecie wyjście, że mogę gdzieś ruszyć sam, usłyszałem, ze tertium non datur. Cóż było robić, zapakowałem się w Wojtka i pojechaliśmy do Górnej Wetlinki. Bardzo lubię to miejsce i ten szlak, Wojtek poszedł wcześniej, ponieważ chodzi w swoim tempie, ja ruszyłem piwo później, ale pod koniec lasu dogoniłem go. Tymczasem wszystko było fajne, fajny szlak, fajne konie przy szlaku, fajna pogoda, ja miałem fajny humor, po prostu fajnie się szło, aż do momentu, kiedy czarny szlak dochodzi do żółtego idącego z Przełęczy Wyżnej. Spodziewałem się paru osób, ale nie tłumu jak na deptaku w Ciechocinku! Dosłownie. Już wiedziałem co to będzie w Chatce, do której dojdą jeszcze ludzie z Wetlińskiej i Berechów. Uciec stamtąd nie było można, bo czekać musieliśmy na Stałego Bywalca, radość z podziwiania widoków znikła, a na dodatek ktoś podpieprzył mój kostur do trekingowy znaleziony na szlaku pozostawiając na jego miejscu wątły patyk. Cóż, popełniliśmy błąd logistyczny, bo w weekend przy takiej pogodzie nie należało pchać się na połoniny które są nudna same w sobie. Jednak po pewnym czasie nieco się przerzedziło, Wojtek zajął strategiczne miejsce na trawce, ja poszedłem do Chatki posączyć piwko. W Chatce maleństwo półroczne, zaraz więc snuć marzenia, jak to będę mojego smarkacza ciągał po różnych górach. Potem przyszło starsze dziecko koniecznie chcące się dowiedzieć, gdzie jest Puchatek?
- Puchatek się schował, nie lubi gdy jest tyle ludzi (to dowód na to, że ten miś wcale nie ma małego rozumku!)
- Tam się schował?
- Tam, widzisz, wciągnął drabinę.
-A wyjdzie?
Biedne dziecko…


Tak doczekaliśmy się Kubusia Puchatka, przepraszam- Stałego Bywalca.
Wojtek już poszedł na dół a ja z Kaziem jeszcze rozmawialiśmy o rzeczach niezmiernie ważnych lub zgoła nieistotnych. Ale i my musieliśmy w końcu stamtąd pójść. I w drodze powrotnej spotkaliśmy miłe panie, które na Wetlińskiej napotkał SB, panie, które znały przesympatyczną piosenkę o kotku. Piosenkę, której, oczywiście, nie zapamiętałem. Chodziło o to, że wlazł kotek na płotek, a na tym płotku zakręciło mu się w głowie i spadł na pysk. Oczywiście treść była bardziej dramatyczna, zwłaszcza że miłe panie śpiewając podpierały się choreografią. Jeżeli ktoś za tę piosenkę, to bardzo proszę. A może któraś z pań akurat mnie czyta?


PS. Jeszcze musze się wytłumaczyć. Dlaczego, pomimo tego, że nauczyłem się trudnej sztuki wklejania zdjęć, będzie ich w tej relacji mało. Otóż mało ich zrobiłem, usuwałem je na bieżąco robiąc miejsce na inne. Po prostu miałem kartę której objętość (128 Mb) sugerowała, że, porównując ją do obecnych pojemność ,chyba została kupiona w sklepie Wokulskiego. Normalną kartę miał mi dowieść Wojtek Myśliwiec, którego spodziewaliśmy się lada dzień, a który…