Wspomnienie szóste
A na wiersycku duje ze hej!
W poniedziałek , 27 września Stały Bywalec stęskniony za Przełęczą Orłowicza (nie był na niej 2 dni!) wymyślił, że przejdziemy się z Wetliny do Sękowca. Nie przepadam za połoninami, cóż z tego że piękne widoki, kiedy tłumy ludzi. Już wolę tak jak dajmy na to taki Bertrand zwiedzać cmentarze, wysiedlone wioski i ogólnie chaszczować. Ale kiedy Kaziu zaproponował wetlińską nie widziałem przeciwwskazań. Bo nie jest ważne gdzie, ważne z kim (byle nie były to przypadkowe tłumy). Bo ja, w przeciwieństwie do takiego Bertranda nie lubię chodzić samotnie. W Wetlinie i tak mieliśmy się spotkać z Aleksandrą (i jej kompanią). Wojtek zaś, zapakowawszy Aleksandrę (z jej kompanią )do swojego brum-bruma miał udać się gdzieś. A gdzie, mieli ustalić na miejscu. Tak więc pojechaliśmy do Wetliny spotkać się z Aleksandrą (i jej kompanią). Kiedy Aleksandra (i jej kompania) przyszła plany uległy skrystalizowaniu- Aleksandra (i jej etc.) zapakowała się w Wojtka i pojechali… no właśnie nie pamiętam, chyba do Koliby i jaskiń nasiczańskich, ja zaś ze SB ruszyliśmy na szlak.
Pogoda od rana nie rozpieszczała. Niebo zasnute chmurami, zimno i ponuro, za to dusza śpiewa! Najczęściej ten żółty szlak, jeden z najpopularniejszych szlaków, wygląda jak żółta febra- tłumy ludzi, często przypadkowych, „bo trzeba zaliczyć wetlińską”, grupy dzieciaków, które marzą tylko o tym, żeby zrobić w tył zwrot , hałas, ścisk itd., tego dnia wyglądał jak żółta łódź podwodna- pusto, spokojnie, tylko iść wciąż przed siebie rozmawiając o tym i owym (a tego dnia rozmawialiśmy właśnie o owym). I tak było dopóki nie wyszliśmy nad linię lasu. Ach, jak tam piździło! Wiadomo, że w głowie mam pusto, ale mocną za to szyję, nie oderwało mi więc głowy, ale nie robiliśmy żadnego postoju. Od razu na dół, do świeżo wybudowanej wiaty. Tam dopiero zrobiliśmy dłuższy postój. Kaziu wyciągnął coś „na rozgrzewkę”, ja wyciągnąłem coś „ na wszelki wypadek”, tak więc dalsza droga przebiegła nam śpiewająco! I tak śpiewając w różnych słowiańskich językach doszliśmy do zabudowań BdPN w Suchych Rzekach.
Tam miły pan, który pełni w nich honory pana domu zaprosił nas na herbatę. Kaflak w kuchni dawał przyjemne ciepło, czajnik z wodą na herbatę gwizdał wesoło, snując bieszczadzkie marzenia, a my powoli rozgrzewaliśmy się. Piec ten przypominał mi dzieciństwo, kiedy, zupełnie podobny, grzał mnie w tyłeczek. A ponieważ od mojego dzieciństwa minęło już kilka lat, a moja Piskalówka nadaje się tylko do wielu rzeczy, ale najbardziej remontu, zwłaszcza w kontekście mającego niebawem pojawić się małego Piskalka , wymarzyła mi się ponownie kaflowa kuchnia.
Zapytaliśmy też o tabliczkę, na którą zwrócił mi uwagę SB, a której wcześniej nie zauważyłem, chociaż przechodziłem obok niej co najmniej kilka razy. Mało widoczną tabliczkę ku pamięci zmarłego 2 października 1998 r. Karola Gruszczyka. Wtedy, pijąc herbatę i grzejąc się przy kaflowej kuchni, zanim odnalazł nas Wojtek 1121, który odwiózł był już Aleksandrę (i jej) usłyszeliśmy taką historią…


Odpowiedz z cytatem