Za stadionem glownosc naszej drogi drastycznie spada, pniemy się pod jakas gore, wchodzimy w zagajniki. Przy drodze coraz więcej zruinowanych magazynow, bedacych chyba ulubionym miejscem schadzek miejscowej mlodziezy. Mimo ze już pozna jesien to napotykamy spora ilosc „zakochanych parek”



grzes odnajduje nawet iscie karpacki wiatrolom



na ulice jewroszenka wychodzimy przez jakas magazynowa brame- dobrze zesmy nie przemierzali tej trasy w odwrotna strone- nigdy bysmy nie trafili!!

następnie przez tereny zielono-przemyslowe postanawiamy dotrzec do ul. kupczinskoho. Po drodze mijamy kilka biwakow miejscowych, którzy pala ogniska, grzeja sobie kielbaski. Widac mielismy jednak zbyt malo wyglodnialy wzrok bo nikt nas nie zaprosil do kompanii :(

Na zalesionej gorce napotykamy dziwne jakby dawno porzucone ogrodki dzialkowe. Jak lubie niezmiernie miejsca opuszczone to to ma w sobie jakiś dziwny dojmujacy smutek.. drewniane rozpadajace się budzinki, często wyposazone w srodku jeszcze w wiadro, konewke , grabki czy stara kapote.







Gdzieniegdzie slady dawnych grzadek lub jesienne kwiatki , które na przekor losowi wciąż pieknie zakwitaja, jak za minionych czasow , gdy jeszcze ktos je pielegnowal i dogladal.
Dlaczego ludzie porzucili to miejsce? Tak ladnie polozone na gorce, w lesie, wsrod wawozow, a z drugiej strony blisko miasta, wrecz by się prosilo aby zagladac tu popoludniem czy odpoczywac w letni dzien.. Atmosfere miejsce poteguje pozna pora i slonce które właśnie schowalo się za drzewa.

Przyspieszamy kroku bo w ciemnosci zle się chodzi w takich okolicach



wracamy do centrum, pociag mamy dopiero o polnocy więc idziemy gdzies jeszcze zaszyc się w knajpce. Gdy pozeramy czanahy podchodzi jakiś facet i przepraszajac kilka razy moich wspoltowarzyszy wrecza mi czekolade, ze dla „pieknej dziewczyny” czy jakos tak szczerze to mi się zdaje ze uslyszal ze rozmiawiamy po polsku i poczul do nas z tego powodu nagly przyplyw sympatii :)

kolo 22 ze wszystkich knajp już nas wyrzucili więc kierujemy się w strone dworcowej poczekalni. Uwage przykuwa jednak ten budynek:



wyglada zupelnie jak barakobar! Wprawdzie nie az tak udany jak te z kinburnskiej kosy ale jak na wielkomiejskie warunki jest niczego sobie. I co wazniejsze- calodobowy! W srodku już na dobre trwa impreza! Przy jednym stoliku urzeduje kilka dziewczat, o makijazu rownie ostrym jak rozmazanym, w jaskrawych kurtkach i lakierowanych kozaczkach-szpilkach , co do których profesji nie mamy cienia watpliwosci towarzyszy im kilku ,chyba dopiero co odłowionych facetow ,więc z kacika dochadza radosne piski i okrzyki. Przy drugim stoliku bawi dwoch mlodych i mocno już podchmielonych chlopakow oraz dwie babki, na oko mogace być spokojnie ich matkami. Acz krotka obserwacja pozwala dostrzec ze ich wzajemne stosunki są co najmniej kolezenskie ow stolik co chwile ochoczo zrywa się do tanca, lub przynajmniej do glosnych spiewow, które to zwykle szybko ucisza barmanka. Wogole wielki podziw dla tej kobiety, ze potrafi jakos utrzymac w ryzach ten caly rozszalaly zywiol i ze jej jeszcze calkiem tej knajpy nie rozniesli w pyl! Predyspozycje fizyczne jednak babka musi mieć na tym stanowisku, co dobitnie oddaje komentarz toperza „nie chcialbym się z nia bic”. Ale mimo wszystko to ponoc wczoraj była taka impreza ze wszystkie kieliszki wytlukli
Wsrod tego wszystkiego siedzi sobie cicho starsza babinka, zajadajac pierozki, popijajac herbata i usmiechajac się do nas niezmiernie sympatycznie. Jak się pozniej okazuje, walentyna, bo tak się nam przedstawia, codziennie przychodzi tu na kolacje, ma niedaleko no i ma znizki bo barmanka to jej znajoma. Kiedys w mlodosci była sportsmenka, jezdzila na mistrzostwa w narciarstwie, ponoc w domu ma mnostwo zapomnianych i zakurzonych od lat pucharow... Mimo ze jej ojciec był rosjaninem a matka ukrainka to domaga się aby mówić do niej po polsku, jakos wyjatkowo darzy sympatia polakow ,ponoc dlatego ze wychowala się w kamienicy gdzie zyly prawie same polskie rodziny. Umawiamy się ze będziemy do siebie pisac listy, wymieniamy się adresami i oczywiscie robimy pamiatkowe zdjecie.



I nie wiem kiedy przelecialo poltorej godziny w owym barakobarze, wrecz na ostatnia chwile biegniemy na dworzec....

a turkoczacy pociag kolysze do snu glowy pelne lwowskich wspomnien...