Na razie książka dojrzewa na półce, ale ją przekartkowałem i mogę się z Wami podzielić garstką informacji. Całkiem grubiutka ona jest (372 strony) i podzielona na trzy części, z których ostatnią jest ta bieszczadzka (od str. 287 do końca). W dwóch poprzedzających autor opisuje to, co działo się w jego życiu przed przybyciem w Bieszczady. Na razie ze spisu treści nic więcej nie wycisnę, ale otworzyłem ją tak na chybił-trafił i wdepnąłem na smakowitą (he, he) żentycę do tworylniańskiej bacówki:
„ Pewnego dnia Grzesio i Tereska Zyndwalewiczowie wybrali się na wycieczkę na Tworylne, gdzie było najwięcej bacówek. Mieli zamiar kupić ser i żętyce, dlatego też wzięli ze sobą pięciolitrową bańkę. Był środek lata. Upał okrutny. Gdy doszli do szałasu i zwrócili się do bacy o bundz i żętycę, ten odpowiedział:
- Sera mogę wam sprzedać, ale żentycy nie, bo umarł nam tata, to my go wsadzili do koryta i zalali żętycą, co by się do poniedziałku nie zaśmierdział. Dopiero w poniedziałek po niego przyjadą.
W tym momencie, gdy wzrok Zyndwalewiczów przyzwyczaił się do panującego w szałasie mroku, zobaczyli, że w kącie stoi ogromne dłubane koryto, a w nim leży martwy człowiek zalany żętycą i obciążony kamieniami, tak żeby nie wypłynął.
- A po żętyce możecie panie przyjść w poniedziałek, bo będzie jej dość. Możecie se jej wzionć kielo będziecie kcioł – ugodowo zaproponował baca.
Grzesio i Tereska poczuli, że robi im się niedobrze. Wybiegli z szałasu, by puścić pawia na drodze.
Od tego czasu lepiej nie pytać Grzesia czy lubi żentycę.”


Odpowiedz z cytatem