Generał ze świtą weszli na widownię. Do rozpoczęcia pokazu brakowało już tylko pięciu minut.

Tak jak się Iwanow spodziewał, wszystkie miejsca w pierwszym rzędzie na widowni już były dawno zajęte. Siedzieli tam różnej maści zboczeńcy, fetyszyści - onaniści, którzy już kilka tygodni wcześniej załatwili sobie, za ciężkie pieniądze, rezerwację najlepszych miejsc. Właśnie na ten dzień. Światło na widowni powoli przygasało, więc niektórzy z nich już przygotowywali się do spektaklu, rozpierając się wygodnie w fotelach, poluzowując paski od spodni i rozpinając zamki błyskawiczne.

- Poszli wszyscy stąd won - powiedział cicho ale wyraźnie Iwanow do obleśnego typa siedzącego w skrajnym fotelu.
Wzruszyli tylko ramionami, a jeden z nich posłał Iwanowowi krótkiego joba. Co ten bubek sobie wyobraża, czego tu szuka ? Guza chyba.
Iwan Iwanowicz skinieniem głowy przywołał szefa obstawy. Pokazał mu wzrokiem rząd krzeseł zajętych przez gmerających w rozporkach popaprańców i uśmiechnął się znacząco.

Komandir specgrupy Specnazu aż zatarł ręce z uciechy i wydał krótkie polecenie podwładnym. Było ich tylko dziesięciu, trzykrotnie mniej niż widzów siedzących w pierwszym rzędzie. No, ale powszechnie wiadomo, że ilość nigdy nie idzie w parze z jakością.

Ostatecznie pokaz mody rozpoczął się z nieznacznym opóźnieniem, gdyż organizatorzy musieli wymienić trzy połamane i cztery zakrwawione foteliki. Wezwali też sprzątaczkę, żeby zamiotła potłuczone okulary, poodrywane guziki, wybite zęby, a nawet dwa jądra wykopane żołnierskim butem z moszny.

A generał i pułkownicy, prawie całe ścisłe kierownictwo GRU, mogli już bez przeszkód, wygodnie siedząc w pierwszym rzędzie, oglądać pokaz mody - bielizny damskiej. Zatytułowany przez organizatorów jako „Noc poślubna”.

************************************************** ***************************************

A tymczasem hen, hen, daleko, aż na drugiej półkuli, za Atlantykiem, Chuck Norris odebrał rozpaczliwego sms-a od Anety. Błagała go, aby - wcześniej niż się umówili - przyjechał do Polski i wyciągnął ją z opresji. W tekście wiadomości była jeszcze podana nazwa miejscowości: Sękowiec koło Zatwarnicy. Więcej Aneta nie zdążyła już napisać, gdyż Paweł wyrwał jej komórkę i roztrzaskał pod obcasem. Kartę SIM przezornie wyjął i spalił w płomieniu zapalniczki.

W tym miejscu trzeba Szanownym Czytelnikom (ilość odsłon wskazuje, że są tacy) wyjaśnić, iż Chuck i Aneta znali się już od kilku miesięcy. Poznała go spędzając swoje ostatnie studenckie wakacje w Kanadzie i ... rozkochała w sobie na zabój. Ona sama jedynie trochę była w nim zadurzona, a właściwie to tylko imponowała jej wielka sława Chucka Norrisa. No i czuła się przy nim bezpieczna.

Chuck już od pewnego czasu czynił starania w celu przyjazdu do Polski. Jako człek stateczny i dojrzały postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym i załatwić sobie w Polsce jakąś pracę. Zajęcie godne Chucka Norrisa, naturalnie.
Najpierw ukończył z wyróżnieniem, w trzy dni jako ekstern, kurs języka polskiego dla zaawansowanych. Taki, który zwyczajnym śmiertelnikom zajmuje co najmniej trzy lata. Przewodniczącemu komisji egzaminacyjnej w głowie się to nie mogło zmieścić i w ostatniej chwili dopisał na świadectwie minus do piątki. Gdy jednak podniósł wzrok i napotkał zimne spojrzenie Chucka, czym prędzej przeprawił minus na plus. I stąd owo świadectwo z wyróżnieniem. Polonista wiedział bowiem, że z Chuckiem nie ma żartów. W prasie przeczytał, że pewną znaną restaurację w Nowym Jorku przekształcono w bar szybkiej obsługi. Dzień wcześniej wszedł tam Chuck Norris incognito i nie został w porę obsłużony.

A praca w Polsce, którą ofiarowano Chuckowi, była niezmiernie prestiżowa i naprawdę jego godna. Sam prezydent Lechosław Łabędzki podczas niedawnej wizyty w USA zaproponował mu stanowisko głównego gwaranta paktu stabilizacyjnego. Zdawał sobie bowiem sprawę, że gdy tylko straszak skrócenia kadencji parlamentu przestanie być realny, to zarówno Romuald Tychgier jak i Jędrzej Perlep wypną się na partię SiP i nie będą przestrzegać wynegocjowanych teraz ustaleń. Potrzebny był ktoś, kto by ich trzymał w ryzach przez cały czas, także po upływie konstytucyjnego terminu.
Negocjacje z Chuckiem przeciągały się jednak - postawił ambitne żądanie wynagrodzenia w wys. 1 mld zł miesięcznie, na co początkowo nie chciał się zgodzić prezes Urzędu Zamówień Publicznych. Naciskany przez prezydenckiego brata, Jaromira, jednak w końcu ustąpił. Nieoczekiwanie Jaromira poparła wicepremier i Minister Finasów, profesor Dzięciołowska. Była cichą wielbicielką Chucka, w domu miała kolekcję kaset ze wszystkimi filmami, w których wystąpił.
Zwłoka w podpisaniu umowy cywilnoprawnej (umowy o dzieło na prawach autorskich, bo od takiej jest najniższy podatek) pomiędzy Rządem IV RP a Chuckiem Norrisem omal nie spowodowała kryzysu w państwie. Dosłownie w ostatniej chwili Jaromir Łabędzki przyjechał do brata i wręczył mu podpisaną umowę, stanowiącą tajny załącznik do aneksu do paktu stabilizacyjnego. Dziennikarzom na odczepne pokazano sam aneks, w którym była mowa o jakimś punkcie 4a.
A prezydent Lechosław Łabędzki z godnością wygłosił orędzie do narodu, w którym poinformował, czego tego dnia nie zrobi.

Wszystko było już zatem dopięte. Otrzymawszy owego rozpaczliwego sms-a od Anety, Chuck przyspieszył o kilka dni wylot do Polski. Postanowił polecieć „Lotem”. Chciał jak najszybciej przesiąknąć atmosferą dalekiego kraju, do którego, nie wiadomo na jak długo (może na stałe ?) się udawał.
Podinspektor Policji, dowódca grupy antyterrorystycznej na pokładzie samolotu, natychmiast go rozpoznał. Zameldował się służbiście i poprosił o autograf. Pochlebiło to Chuckowi.
- Jesteś wolny. Ty i twoi ludzie. Zwiedźcie sobie Nowy Jork i wracajcie następnym rejsowym samolotem. Jak ja tu jestem, nic nikomu nie grozi - powiedział Chuck do szefa grupy AT.
Chłopakom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. A wykonanie polecenia było nawet ich obowiązkiem, gdyż Chuck Norris okazał im również upoważnienie podpisane przez samego Zwierzchnika Sił Zbrojnych, w którym stało czarno na białym, że Wojsko Polskie oraz wszystkie polskie służby mundurowe muszą niezwłocznie wykonywać wszelkie jego polecenia.

Komandosi AT zeszli zatem z pokładu samolotu PLL LOT.
Na taką okazję już od dawna czekało na lotnisku im. J. Kennedy’ego sześciu fedainów, wyznawców Imama Walczącego. Udając pasażerów weszli na pokład samolotu. Zdołali też przemycić ostre maczety, wykonane ze specjalnego sztucznego tworzywa, nieuchwytne dla lotniskowego wykrywacza metalu. Otrzymali zadanie porwania samolotu i uderzenia nim w jakiś wielki budynek w Stanach, Europie Zachodniej, ostatecznie w Polsce.

Samolot z kompletem pasażerów na pokładzie wystartował i nabrał wysokości. Gdy tylko stewardessa pozwoliła rozpiąć pasy, terroryści postanowili przystąpić do działania. Na początek, aby załoga samolotu zorientowała się, że to nie przelewki i ślepo wykonywała ich rozkazy, postanowili zarżnąć któregoś z pasażerów. I to nie babę ani dziecko. Najlepiej jakiegoś faceta w średnim wieku. Dowódca fedainów wybrał w tym celu samotnego mężczyznę pijącego kawę i czytającego gazetę w jakimś nieznanym języku. Wskazał go wzrokiem. Jeden ze straceńców, udając potrzebę pójścia do toalety, zaczął się zbliżać do wytypowanej ofiary.

Gdy tylko samolot nabrał wysokości, Chuck Norris przyjął poczęstunek kawą. Spodeczek z filiżanką trzymał w lewej ręce. Z oferowanych polskich gazet wybrał „Echo Bieszczadów”. Właśnie pochłonięty był lekturą artykułu Joanny Sz., gdy jakiś typ o wyglądzie orientalnym zaczął coś do niego, w niezrozumiałym języku, wrzeszczeć i machać rękami przed głową.
- Pędź sokole, bo cię zap...lę - powiedział do niego Chuck ćwicząc swój język polski.
Wtedy fedain wyjął swój plastikowy nóż i rzucił się na Norrisa. Dołączyli do niego kompani, zarazem obwieszczając pasażerom, że samolot został porwany. A zaatakowanego mężczyzny po prostu nie poznali. I nic w tym dziwnego. Szkoleni byli daleko od Ameryki, w górskich bazach Al Kaidy na pograniczu Afganistanu i Pakistanu. Nie chodzili do kina ani nie oglądali TV - tych wynalazków szatana. W życiu każdy z nich przeczytał tylko dwie książki: Koran oraz instrukcję obsługi kałasznikowa.

Chuck Norris wściekł się nie na żarty. Wylano mu kawę, a ulubioną gazetę pocięto jakimś sztucznym nożem. Święty by się zdenerwował. Uchylając się od ciosów maczetami, Chuck błyskawicznie zlikwidował całą szóstkę terrorystów, ciosami karate rozwalając im kręgosłupy i czaszki. Poczym wywlókł ich na tył samolotu, otworzył hermetycznie zamknięte drzwi i kopniakami wyrzucał trupy na zewnątrz. Aby nie dopuścić do efektu dekompresji, jednocześnie silnie dmuchał w kierunku otwartych drzwi, równoważąc w ten sposób siłę pędu powietrza wynikającą z różnicy ciśnienia atmosferycznego na pokładzie samolotu i na zewnątrz.
Wyrzucił ostatniego trupa i znów szczelnie zamknął klapę drzwi wejściowych. Otrzepał ręce, poprawił krawat i wrócił na swoje miejsce w kabinie pasażerskiej.