- Nie wiem. Myślałem, że tu się dowiem. Znam tylko nazwę miejscowości. Mam ją nawet zapisaną w telefonie komórkowym - Chuck Norris odczytał treść smsa otrzymanego kilka dni wcześniej od pięknej Anety.
- Nie szkodzi, zaraz ci pomożemy - odparł Jaromir Łabędzki. A sekretarce polecił:
- Przynieś atlas samochodowy i wezwij szefa ABW.

Po kilku minutach już wszyscy wiedzieli, że Zatwarnica znajduje się w gminie Lutowiska, a jej przysiółek, Sękowiec, położony jest po obu stronach Sanu, pod górskim pasmem Otrytu.

Zameldował się też nowy szef ABW. Strzelił gracko obcasami, jakby dotychczas służył w wojsku, a nie w straży miejskiej.
- Co wiesz o okolicach Otrytu - zaczął go indagować szef klubu parlamentarnego SiP, Edgar Małgorzacki.
- Ja osobiście, to wiem na ten temat niewiele. Ot, tyle tylko, że te tereny powróciły do Polski dopiero sześć lat po wojnie. I że znajduje się tam Chata Socjologa, dopiero co odbudowana po pożarze.
- Przypominam sobie - powiedział równocześnie każdy z bliźniaków.
Nieraz zaczynali mówić o tym samym, zupełnie niezależnie od siebie (jak to się często zdarza u bliźniąt jednojajowych). Lechosław uśmiechnął się i pozwolił Jaromirowi dokończyć:
- Akurat kończyliśmy studia na UW, gdy to schronisko zaczynano budować.
- Dobrze. Ale teraz, to kto tu, w Warszawie, może nam coś o tych okolicach opowiedzieć ? - zapytał Prezydent.
- Z mojej informacji agenturalnej wynika, że są tylko dwa takie ośrodki - meldował szef ABW. - Jeden to Klub Otrycki, a drugi to grupa Stałego Bywalca. Do którego z nich mam zadzwonić ?
- Do Klubu lepiej nie telefonuj - z rezygnacją westchnął Jaromir Łabędzki. - Chyba za dużo wśród nich sympatyków lewusów i cieniasów, że się tak wyrażę, używając terminologii synka naszego Kazimierkiewicza.
- Nie rozumiem, co te polskie synonimy oznaczają - zauważył Chuck Norris.
- Lewus to lewicowiec, a cienias to ktoś słaby w jakiejś dziedzinie, w tym wypadku w polityce. A konkretnie cieniasami nazywamy kierownictwo partii OP - wyjaśnił Jaromir, a Lechosław uzupełnił to krótką prelekcją:

- Jak ich nie nazywać cieniasami, skoro już w wyborach prezydenckich dali plamę. Wystawili przeciwko mnie Ronalda Kusta. I bardzo, bardzo dobrze ! Bo pomyśl sam: ja nazywam się Lechosław Łabędzki. Imię i nazwisko w 100 % polskie, słowiańskie. A Ronald Kust ? Ani polskie imię, ani nazwisko. Owszem, zebrał sporo głosów, głównie od młodzieży, biznesu, mieszkańców wielkich miast, internautów i ludzi bywających zagranicą. Ale to nie wystarczy w wyborach powszechnych ! Moher, sztruks i ortalion były przeciw. Dla nich Ronald Kust to brzmi jak jakiś mason, Żyd albo i Wehrmacht. Ojciec Dyrektor też się jednoznacznie zadeklarował. Nec Herkules contra plures ! I przede wszystkim dlatego ci liderzy partii OP to cieniasy. A przecież mogli przeciwstawić mi Bronisława Roweckiego. Piękne, polskie historyczne nazwisko, dowódcy Armii Krajowej. Na niego to dopiero musimy specjalnie uważać ! Dlatego też później nie zgodziliśmy się, aby został marszałkiem Sejmu IV RP.

- No dobrze, a ten Stały Bywalec, czy jak mu tam, to nam sprzyja ? - Jaromir przerwał uczony wykład brata, zwracając się do szefa ABW.
- Analiza tego co pisze i co mówi, wskazuje, że jest bardziej neutralny. On tak historycznie, na zasadzie przyzwyczajenia popiera lewusów. Kiedyś go nauczyli, że głosuje się bez skreśleń, i tak mu już pozostało. W kwestiach gospodarczych natomiast sprzyja cieniasom. Liberał i monetarysta, psiakrew ! Zwolennik tego cholernego Balcerzaka, który musi odejść ! Ale też Stały Bywalec lubi, jak jest w społeczeństwie Ordnung i dlatego z nami też sporo sympatyzuje. Twierdzi, że gdybyśmy nie czepiali się polityki monetarnej Balcerzaka, to by nas popierał.
- No to dzwoń do niego - zadecydował krótko Jaromir Łabędzki. - I włącz nagłośnienie.

Już po chwili wszyscy usłyszeli przejęty głos Stałego Bywalca, który zaczął im referować, jak przepiękne są tereny gminy Lutowiska, a zwłaszcza te przecudne doliny nadsańskie.
- Dobra, dobra. Nam nie o to chodzi, streszczaj się ! - rozkazał były Komendant Straży Miejskiej w Warszawie. - Najlepsza mapa, przewodnik i gdzie to kupić, melduj krótko !
- Tak jest ! Mapa Compassu, przewodnik Rewaszu, a kupić je można w sklepach „Podróżnika” na ul. Grójeckiej 46/50 i tuż obok, na ul. Kaliskiej.

Jak się nietrudno domyślić, następny telefon był do sklepu „Podróżnika”. A po pół godzinie przeglądali już mapę Bieszczadów i przewodnik dla prawdziwego turysty.
- Weź to i jedź do tej swojej damy - zezwolił Chuckowi Jaromir Łabędzki. - I tak, jak ci już mówiłem, miej stale włączoną komórkę !
- Yes, Sir ! - odmeldował się Chuck Norris.

Przenocował w lokalu konspiracyjnym ABW pod adresem [urzędowa ingerencja cenzury]. Przed zaśnięciem nauczył się na pamięć całego przewodnika Rewaszu. Mimo grubości tej książki, będącej w istocie małą bieszczadzką encyklopedią, zajęło mu to tylko 15 minut.
Następnego dnia kupił terenową toyotę i podjechał nią na ul. Grójecką i Kaliską. Znajdują się tam aż 3 sklepy „Podróżnika” - jeden na Grójeckiej, a dwa tuż obok, na Kaliskiej. Zaopatrzył się w nich w odpowiedni ubiór i sprzęt. Sprawunkami załadował pół samochodu. Gdy usłyszał, ile ma zapłacić, poprosił o wystawienie tego bardzo słonego rachunku na kancelarię premiera Marcina Kazimierkiewicza. Potem zjadł pyszny obiadek w malutkim, skromnym barze „Korona” na ul. Słupeckiej, tuż przy Pl. Narutowicza.
- Komu w drogę, temu czas - przypomniał sobie polskie przysłowie.

I Chuck Norris wyruszył w Bieszczady. Gdzieś tak po około półtorej godzinie jazdy zbliżał się już do Rzeszowa. Przemknął jak rakieta bardzo wąskimi uliczkami Głogowa Małopolskiego, a wywołany tym pęd powietrza zatrzaskiwał okna małych kamieniczek. Cały czas słuchał radia, podnosząc poziom swojej znajomości języka polskiego.
W pewnej chwili omal nie spowodował wypadku, tak się zdenerwował tym, co mówił spiker. A mówił, że do gabinetów weterynaryjnych zgłaszają się ludzie z kotami, aby je uśpić, bo mogą być chore na ptasią grypę.
Chuck klął jak pijany kowboj po angielsku i po polsku jak pomocnik murarza. Zjechał na pobocze, zatrzymał się i włączył światła awaryjne. Wyjął komórkę, zadzwonił do kancelarii Kazimierkiewicza, przedstawił się i kazał się połączyć z Naczelnym Lekarzem Weterynarii Kraju.
- Dużo macie takich zgłoszeń usypiania kotów, bo mogą być nosicielami wirusa H5N1 ? - spytał.
- No, niestety, jest tego trochę - odparł główny nieludzki doktor z rezygnacją w głosie.
- To usypiać natychmiast ! Rozkazuję !
- Ależ Mr. Norris, tak nie można ! Te koty wcale nie muszą zachorować, a już bardzo wątpliwe jest, aby ludzie się od nich zarazili ptasią grypą.
- Pan mnie źle zrozumiał, doktorze. Ludzi usypiać ! Każdego, kto przyniesie kota do uśpienia !
- A, to już zupełnie co innego, Mr. Norris. Nas nie obowiązuje przysięga Hipokratesa. Jesteśmy lekarzami weterynarii a nie medycyny. Ale może dać mi pan ten rozkaz na piśmie ?
- Oczywiście. Proszę podyktować mi numer swojej komórki. Za chwilę wyślę panu sms-a.

I Chuck Norris potwierdził sms-em ów wydany rozkaz, obciążając w ten sposób ZUS wypłatą zasiłków pogrzebowych na rzecz rodzin kilkunastu durniów płci obojga.

Wysławszy sms-a, Chuck przyczepił „koguta” na dachu toyoty i w 2 minuty przemknął przez cały Rzeszów. Wcześniej, przejeżdżając przez Radom, zapomniał tego uczynić i musiał potem rozwalić cztery policyjne blokady drogowe, zanim wyjaśniło się, jakiż to VIP tak pędzi po polskich drogach ponad 200 km/godz.
Kilkanaście minut później dojeżdżał już do Lutowisk. Na drodze ze wzniesienia przyhamował, aby rozkoszować się widokiem naprawdę pięknego krajobrazu.
- Potrzebne mi zaopatrzenie w żywność i napoje. Poza tym warto by zasięgnąć języka - pomyślał.
Skręcił w lewo i zaparkował na skwerku przy dwóch sklepach „delikatesowych”. Powyżej zauważył „galerio - kawiarnię” (niegdyś tam też był sklep). Wysiadł z samochodu i udał się w kierunku pawilonu bardziej położonego w głębi placu.

************************************************** ****************************************
W tym samym czasie w Pałacu Prezydenckim kończyła właśnie obradować Rada Gabinetowa, której posiedzenie było w całości poświęcone misji Chucka Norrisa.
- Pomysł doskonały - zgodził się premier Kazimierkiewicz. - Ale nigdy nie zaakceptuję wysokości obiecanego mu wynagrodzenia. Jeden miliard złotych miesięcznie !? Absolutnie się na to nie zgadzam. To mi rozwali budżet. Prędzej zgłoszę dymisję gabinetu.
- Zgłosisz ją dopiero wtedy, gdy będzie taka potrzeba, serdeńko. Być może już niedługo - warknął na niego Jaromir Łabędzki, uczestniczący w naradzie w charakterze zaproszonego gościa.
- Panowie, błagam was, tylko spokojnie, nie kłóćcie się - zaczęła wicepremier, profesor Zofia Dzięciołowska. - Od czego macie mnie ? Zaufajcie mi. Wiem, jak z tego wybrnąć.
- Jak ? - zainteresował się sam Lechosław Łabędzki.
- Do ustawy o podatku PIT wpiszemy specjalnie czwarty próg podatkowy, ze stawką 99,99 %. A ten próg to właśnie 1 mld zł. Żaden z posłów ani dziennikarzy nie zaprotestuje, przecież nikt poza Chuckiem Norrisem nie ma w Polsce takiej pensji brutto.
- No dobrze, ale ów próg podatkowy będzie obowiązywać dopiero od nadwyżki ... - zaczął zgłaszać swoje wątpliwości drugi wicepremier, Lucjan Nord.
- A pójdziesz ty w kamasze, dajże mi skończyć ! - zaśmiała się prof. Dzięciołowska. - Stawki i progi podatkowe ustalimy tak, jak niegdyś robił to Władysław Gomułka. To znaczy nie od nadwyżki, lecz od całości uposażenia. Poczytaj sobie trochę historię myśli ekonomicznej. Ci, którzy za czasów Gomułki mieli formalnie wyższe pensje brutto, często w istocie netto otrzymywali mniej, niż ci rzekomo gorzej od nich zarabiający. Tak, aby ludziska nie gonili za mamoną, a żyli jedynie słuszną ideologią.
- No to straszny gwałt się w Polsce podniesie - nie dawał za wygraną wicepremier Nord.
- Nic podobnego. Taki mechanizm wprowadzimy tylko dla wynagrodzeń w wysokości co najmniej 1 mld zł - skończyła referować swój plan Zofia Dzięciołowska.

Jaromir Łabędzki nie wtrącał się dotychczas do tej wymiany zdań pomiędzy wicepremierami. Teraz wziął kalkulator i wyliczył: 1 mld zł x 0,01 % = 100 tys. zł.
- Tyle otrzyma na rękę co miesiąc - zawyrokował.
- To mało ? Rocznie wychodzi 1 mln 200 tys. zł. I to netto, na rączkę. Tyle, Marcinku, jeszcze wygospodaruję, nie martw się - prof. Dzięciołowska uspokajała premiera Kazimierkiewicza.
Jaromir zaś myślał głośno dalej:
- A Mr. Norrisowi wytłumaczymy, że zaszła pomyłka. Że negocjujący z nim w naszym imieniu urzędnik polskiej ambasady w USA to stary komuch, siedzący na placówce zagranicznej od wielu lat i przez to nie znający krajowych realiów. Zapomniał o denominacji złotego w 1995 r. I że jak myślał o jednym miliardzie złotych, to miał na myśli kwotę sprzed denominacji. I to nawet się idealnie zgadza z planem naszej kochanej Zosi. Przecież 1 mld starych złotych to dokładnie 100 tys. złotych nowych, po denominacji od 1 stycznia 1995 r.
- Akceptuję i zamykam posiedzenie Rady Gabinetowej - obwieścił Prezydent Lechosław Łabędzki.