- Akceptuję i zamykam posiedzenie Rady Gabinetowej - obwieścił prezydent Lechosław Łabędzki.
Yes, yes, yes!!! - ucieszył się premier Kazimierkiewicz. - To mi się podoba, tyle to nasz budżet jeszcze jakoś wytrzyma!

Jednak miesiąc później jego radość nieoczekiwanie uległa zmąceniu. Osobiście, nie korzystając z usług sekretarki, połączył się z wicepremier Dzięciołowską.
- Co ty, Zośka, najlepszego wyprawiasz ? - zapytał. - Przecież miesiąc temu sama zaproponowałaś sposób rozwiązania problemu pensji tego Chucka Norrisa. Sam Pierwszy to zaakceptował! I sejm już zdążył znowelizować ustawę o PIT.
- Zgadza się. I ja nic nie zmieniłam. O co ci chodzi? - usłyszał w słuchawce telefonu łączności rządowej.
- A o to, że minął miesiąc i zgodnie z Kodeksem pracy kazałem głównemu księgowemu mojej Kancelarii przelać na konto Norrisa te 100 tys. zł netto, już po potrąceniu podatku w skali 99,99 %.
- No i dobrze zrobiłeś. W czym więc tkwi problem?
- A w tym, że twój wiceminister finansów, Cezary Podszycieleśne, wydzwania teraz uporczywie do szefa finansów mojej Kancelarii i każe odprowadzić do budżetu zaliczkę z tytułu PIT Norrisa. Dokładnie 999 mln 900 tys. zł!
- No wiesz, Marcinku, formalnie tę sprawę rozpatrując, to Cezary ma rację. Pan Chuck Norris jest podatnikiem, ale płatnikiem jego podatku to jednak ty jesteś - myślała głośno profesor Dzięciołowska. - I skoro on zarabia u ciebie 1 mld zł miesięcznie brutto, to przecież ty powinieneś odprowadzić do budżetu zaliczkę na podatek od tego wynagrodzenia.
- Ależ to jakiś absurd i horror! Przecież ja nawet w skali roku nie mam tyle na całą moją Kancelarię! A on mi każe płacić tę kwotę co miesiąc! A ja też mam swoje wydatki, i to całkiem niemałe! Na przykład niedawno musiałem zapłacić Chodzeniowi z Piaseczna za terenową toyotę, a „Podróżnikowi” za ubiór i sprzęt turystyczny. Wszystko to były zakupy naszego kochanego Chucka Norrisa!
- Nie denerwuj się tak, Marcinku. Znalazłam rozwiązanie. Ja co prawda, nawet jako wicepremier i minister finansów, nie mogę nikogo od tych płatności zwolnić, ale przecież mogę je sprolongować! Odsuniemy te płatności w czasie.
- Ale co to da ? Przecież, skoro płacimy Norrisowi pensję netto, to te zaległe zaliczki na podatek i tak będę musiał kiedyś odprowadzić do budżetu!
- Ty? Nieee. To już zmartwienie twojego następcy. Po zmianie rządu, gdy my będziemy w opozycji. I my wtedy głośno w mediach zaprotestujemy, że kancelaria premiera nie wypełnia swoich podstawowych obowiązków wynikających z przepisów podatkowych.
- Yes, yes, yes!!! - znów ucieszył się premier Marcin Kazimierkiewicz.

************************************************** ****************************************
I znowuż w za daleko wybiegliśmy w przyszłość. Powróćmy więc do teraźniejszości.

Ałganow i Paweł zabarykadowali się w domku myśliwskim w Sękowcu i dumali, czto dalsze diełat’. Nie spuszczali oczu z uwięzionych Anety i Korybuta, widząc w nich w razie potrzeby swoich zakładników, a nawet żywe tarcze. Utrzymywali też sporadyczną łączność radiową z Moskwą, więc już wiedzieli, że udaje się im na pomoc cała wyprawa żeńskiej ekipy agentów specjalnych.

Tymczasem Ałganow postanowił zmienić kwaterę.
- Wiesz - powiedział do Pawła - tu jesteśmy zanadto na świeczniku. Wiosna już tuż, tuż. Mogą się pojawić jacyś wścibscy turyści. Jeszcze ktoś się tym ekskluzywnym domkiem zainteresuje ...
- Co więc towarzysz pułkownik rozkaże? - spytał służbiście Paweł.
- Dyslokujemy się do sąsiedniego ośrodka wypoczynkowego p. Basi, tuż obok. Są tam dwa drewniane domki z kominkiem. Schowamy się w domku nr 1. Wolę go od 4-ki, ponieważ mniej się rzuca w oczy, jest położony bardziej w głębi ośrodka. Ma nowy kominek, więc napalimy i nie zmarzniemy. A tych dwoje zapędzimy do rąbania drewna na opał, niech przestaną myśleć o ucieczce. Mojego mercedesa też gdzieś ukryjemy, najlepiej na podwórku leśniczówki.
- To kiedy wyruszamy?
- Zaraz. Bierz dziwkę i tego niewydarzonego trubadura bez gitary, na muszkę pistoletu. Idziemy!!!

Wyszli, wypuszczając przodem Anetę i Korybuta. Uprzedzili, że w razie najmniejszej próby ucieczki ich zastrzelą.
Schodzili powoli dróżką wzdłuż ogrodzenia ośrodka, byli już przy kontenerze ze śmieciami.
W tym momencie wiewiór Iwan skoczył z drzewa na głowę Ałganowa, a kruk Włodzimierz, niczym nurkujący bombowiec, zaatakował twarz młodego lejtnanta GRU. Paweł wypuścił broń, chcąc rękami odpędzić ptaka i za wszelką cenę ochronić oczy. Również Ałganow bronił się rozpaczliwie przed szalejącą na jego głowie wiewiórką. Zanim ją strącił mocnym uderzeniem, zdążyła go nieźle poharatać ząbkami i pazurkami. Odparli wreszcie ten atak, ale upłynęło kilka cennych minut.

Aneta i Korybut pędzili w stronę stokówki wiodącejdo Chmiela. Liczyli na padający śnieg zasypujący ich ślady i na to, że rosyjscy szpiedzy nie odgadną kierunku ich ucieczki. Mieli słuszność. Lecz tylko do czasu.

Pułkownik i lejtnant GRU, pogryzieni, podrapani i podziobani, dotarli wreszcie jakoś z całym swoim szpiegowskim bagażem do domku nr 1 na terenie ośrodka wypoczynkowego w Sękowcu. Włamali się tam, a następnie zdezynfekowali i opatrzyli rany.
- Żebym tylko ptasiej grypy nie dostał! - niepokoił się Paweł.
- Jednego durnia będzie mniej. Mówiłem ci gamoniu, trzymaj ich na muszce pistoletu i strzelaj w razie najmniejszej próby ucieczki! A ty co?! Pozwoliłeś im zwiać. Co za kretyna mi ten Iwanow z Moskwy tu podesłał!
- Ma towarzysz pułkownik rację. Proszę mnie rozstrzelać.
- To jeszcze zdążę. A teraz bierz kluczyki, wsiadaj do mercedesa i jedź w kierunku Dwernika i Lutowisk. Oni tam muszą biec po szosie, bo gdzie indziej by uciekli? Dobrze, że zniszczyłeś komórkę tej dziwki, bo już by zesłała nam na kark całą delegaturę ABW z Rzeszowa. Dobrze się rozglądaj! Znajdź ich na drodze, rozwal, a ciała zataszcz do lasu. Nakarm głodne wilki!
- Tak jest, towarzyszu pułkowniku!

Paweł wskoczył do mercedesa i jechał wolno, cały czas się dookoła rozglądając, postępując ściśle wg wskazówek szefa. Minął leśniczówkę, zjechał z górki i wyjechał na drogę wiodącą z Zatwarnicy w kierunku obwodnicy bieszczadzkiej.
Nad nim szybował kruk Włodzimierz, najwyraźniej uważając ich pojedynek za niedokończony.

Aneta i Korybut dotarli aż do końca drogi stokowej. Przed nimi zamajaczyły w padającym śniegu ostatnie zabudowania Chmiela.
- I co teraz ? - zastanawiał się Korybut, któremu bez gitary jakoś trudno było zebrać myśli.
- Chodźmy ścieżką w górę, do Chaty Socjologa. Już odbudowana. Tam nas na pewno nie będą szukać. I ktoś na górze będzie miał komórkę, zadzwonimy na Policję. Albo zejdziemy stamtąd z jakąś liczniejszą grupą do Lutowisk.
I tak postąpili. Zaczęli się wspinać na Otryt ścieżką przyrodniczo-historyczną. Brnęli w śniegu po kolana, a miejscami jeszcze głębszym.

Tymczasem Paweł jeździł tam i z powrotem na odcinku Zatwarnica - Smolnik, cały czas bezskutecznie wypatrując uciekinierów. Aż kruk Włodzimierz się w górze zasapał:
- Ileż można, do k... nędzy, tak fruwać wte i wewte?!
[Taką a nie inną pisownię ww. potocznego określenia (chodzi oczywiście o „wte i wewte”, a nie o „k... nędzę”) znalazłem na str. 860 „Nowego Słownika Ortograficznego PWN” z 1997 r. Nie należy jednak weryfikować wyników niedawnego dyktanda naszych parlamentarzystów. Ów słownik wskazuje bowiem jako poprawne dwa sposoby pisowni (cyt. ze str. 860): „wte i wewte (pot.)” oraz „w tę i we w tę (stronę)”.]

Wreszcie Paweł zrozumiał. Olśniło go. Po prostu pomyślał o tym, co sam by uczynił, będąc na miejscu przeciwnika.
- Ależ ten Ałganow to stary dureń! - stwierdził w myślach. - Dał się namierzyć w Wiedniu z Kluczykiem. Teraz z kolei wydaje mi idiotyczne rozkazy! Najwyższy czas mu już przejść na mundurową emeryturę. I niech zwalnia miejsce młodym i zdolnym, na ten przykład mnie!
Koło sklepu w Chmielu (nareszcie przyzwoitym pod rządami nowej właścicielki) skręcił na wiejską drogę w kierunku Otrytu. Dopóki mógł, jechał samochodem. Gdy droga zrobiła się już nieprzejezdna, zaparkował na jakimś odśnieżonym kawałku pobocza, zamknął wóz, sprawdził broń i udał się dalej pieszo.
Dotarł do ostatniej chałupy. Kopniakami odpędził obskakujące go kundle i ... zauważył świeże ślady na śniegu. Ślady dwóch osób. Widział to wyraźnie, śnieg bowiem przestał padać już od około godziny.
- Mam ich ! - pomyślał złowieszczo.

Powoli ich dopędzał. Był mniej zmęczony, swoją pieszą wędrówkę zaczął dopiero w Chmielu. Poza tym szedł po ich śladach, a tamci musieli brnąć w świeżym śniegu. Ponadto Aneta i Korybut mieli za sobą trudy przedzierania się przez zaśnieżoną stokówkę, którą szli, a miejscami przekopywali się w śniegu, aż z samego Sękowca. Paweł wyciągnął już broń. Po coraz bardziej świeżych śladach zorientował się, że za parę minut wreszcie ich dopadnie.

Kruk Włodzimierz też się przekopywał przez śnieg, włamując się do gawry Miśki z Otrytu.
- Wstawaj Misieńko, już wiosna! - Delikatnie i pieszczotliwie dziobał ją w tyłek.
- Jakaż tam wiosna ?! Mróz i śnieg. Wiosna to w tym roku zacznie się dopiero w maju, albo i jeszcze później - marudziła senna Miśka.
- Wstawaj, jest dla ciebie robota - Włodek był uparty.
- Robota nie zając, nie ucieknie - Miśka lubowała się w powiedzonkach z epoki PRL, dziś już niezrozumiałych. - A ty mnie nie budź, bo cię zjem!
- Możesz mi naskoczyć na wałek i zatańczyć kawałek - Włodzimierz z trudem utrzymywał się w żartobliwej, knajackiej konwencji. A po chwili już spytał poważnie:
- Pamiętasz tego typa, co ci rozwalił gitarę na głowie?
- No, jakżeby nie! Niech ja go tylko dopadnę!!!
- Właśnie teraz masz po temu okazję. Jest kilkaset metrów stąd. Idzie ścieżką w górę Otrytu, goni takich dwoje nieboraków.
Miśka błyskawicznie wyturlała się z gawry. W gniewie była straszna. Rozwarła paszczę, ukazując swoje imponujące kły niedźwiedzie.
Włodzimierz zdążył ją uprzedzić:
- Uważaj! Ma broń palną!
- Pomożesz mi?
- Oczywiście. Ja i moja sotnia.
Kruk Włodzimierz zdążył bowiem w międzyczasie zawezwać posiłki.

Posiłki te, w liczbie kilkudziesięciu kruków, krążyły już złowieszczo nad młodym lejtnantem GRU. Najwyraźniej widziały w nim padlinę.
A on żył dopiero 29 lat.
- I wystarczy! - stwierdził Ktoś Najważniejszy w Zaświatach, gasząc jedną z kilku miliardów maluteńkich świeczek, rozstawionych na olbrzymiej palecie.

Paweł nie zauważył kruków, które zresztą, na polecenie Włodzimierza, zachowywały się wyjątkowo cicho. Szybowały nad nim prawie bezszelestnie.
Nie patrzył w górę, tylko wytężał wzrok przed siebie. I w końcu dostrzegł dwie sylwetki. Aneta i Korybut byli jednak jeszcze zbyt daleko, aby zaryzykować strzelanie z pistoletu.
- Gdybym miał swój karabin snajperski... Wtedy na pewno bym już trafił - rozmarzył się Paweł. - Podejdę w ich kierunku jeszcze kilkadziesiąt metrów ...
W tym momencie ujrzał czającego się do skoku niedźwiedzia. Skierował broń w jego kierunku, lecz nagle został zaatakowany przez to samo ptaszysko, które już wcześniej poharatało mu twarz. W dodatku tym razem ptak nie był sam. Całe stado kruków pikowało z góry na wyciągniętą dłoń Pawła, uzbrojoną w pistolet.
Zdążył wystrzelić tylko raz. Oczywiście w tych warunkach musiał to być strzał niecelny.

Miśka z Otrytu zdzieliła Pawła parę razy swoją ciężką łapą, a potem, już ochłonąwszy, zabrała się spokojnie do konsumpcji. Zdaje się, że żył jeszcze, gdy zaczynała go pożerać. Po długim śnie zimowym niedźwiedzica była najzwyczajniej w świecie bardzo, ale to bardzo głodna.
Kruki na ten widok podniosły wściekły wrzask. Ich krakanie słychać było w całej okolicy.
- Nie bądź egoistką, nam też daj się pożywić - zganił Miśkę kruk Włodzimierz. - Gdyby nie my, to byś teraz leżała z kulką w ślicznym łebku!
- Dobrze, już dobrze. Zapraszam do stołu. Niech się twoi kamraci nie obawiają, nie odgonię ich. Poczekaj tylko chwilę, niech dokończę jeść serce i wątrobę. Co on tak się na mnie gapi? Wydziobcie mu najpierw oczy.

************************************************** ****************************************

Dyrektor jednego z dużych, resortowych ośrodków wczasowych w Polańczyku już od pewnego czasu bardzo się niepokoił.
Jego dobry pracownik, Paweł Iksiński, zniknął kilkanaście dni temu! Wziął urlop na jeden dzień i ... wszelki słuch po nim zaginął. Był to facet młody, samotny, bez rodziny, mieszkający w pokoiku służbowym w budynku ośrodka. Inteligentny, pracowity, bez nałogów, zawsze dyspozycyjny, odgadujący w lot myśli i życzenia szefa. Dobrze znał rosyjski, w mowie i w piśmie. Bardzo się to przydawało się w kontaktach z turystami ze wschodu. Wręcz ideał pracownika!
Chociaż był też nieco tajemniczy. Korespondencja do niego przychodziła na poste restante, a nie na adres ośrodka. Także dość często, co pewien czas gdzieś wyjeżdżał. Ale potem zawsze punktualnie wracał, nigdy nie dopuszczając do nieusprawiedliwionej absencji w pracy. Aż do tego razu.
- Jakaś dziewczyna pewnie go omotała. Młody jest, przecież to jeszcze kawaler! - rozumował początkowo pan dyrektor Kuchciński.
Potem jednak postanowił powiadomić Policję. Podał wszystkie urzędowe dane osobowe Pawła, jego numer PESEL, NIP, i tak dalej.
- Może coś mu się stało, wpadł w jakieś tarapaty? - myślał.

Już po kilku dniach pan dyrektor dostał wezwanie do Komendy Powiatowej Policji w Lesku.
Przyjął go zastępca komendanta, na co dzień jego kumpel, ale tym razem coś dziwnie jakoś bardzo oficjalny. Oprócz niego w pokoju byli oficer ABW i wyraźnie zdenerwowany, młody, co najwyżej trzydziestoletni mężczyzna.
- Szukasz Pawła Iksińskiego ? Numer PESEL taki to a taki ? - zapytał go formalnie komendant.
- No tak, mówiłem ci przecież. Pracuje u mnie już prawie cztery lata. Powinieneś go pamiętać. Na moje polecenie odwoził cię kiedyś „zmęczonego” do domu.
- Zamknij się, nie pamiętam go. Dobrze wiesz, że ja na służbie nigdy nie piję! I nie żartuj sobie, bo to jest bardzo poważna sprawa! Poznaj prawdziwego Pawła Iksińskiego - powiedział wskazując na zdenerwowanego, młodego człowieka.

A ów młodzian przedstawił się panu dyrektorowi i opowiedział, jak to pięć lat temu skradziono mu saszetkę ze wszystkimi dokumentami na stadionie X-lecia w Warszawie. Na tym największym bazarze świata właśnie kupował coś od Ruskich, gdy zrobiono sztuczny tłok. A potem już nadaremnie rozglądał się za swoją saszetką, w której oprócz portfela ze stu paroma złotymi, dowodem osobistym i prawem jazdy, miał też kalendarzyk z pozapisywanymi ważnymi informacjami osobistymi.

************************************************** ****************************************

Aneta i Korybut wędrowali dalej w górę Otrytu, już naprawdę resztkami sił. Byli tak zmęczeni, że nawet nie zareagowali na dochodzące z tyłu ryki niedźwiedzia, krakania kruków i nawet, jak im się chyba wydawało, huk wystrzału.
I nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, że właśnie przed chwilą cudem uniknęli śmierci. Ich świeczki w zaświatach dalej paliły się mocnym, jasnym płomieniem. Podobnie jak wielu innych młodych i zdrowych ludzi (nie mieszkających w krajach ogarniętych wojną, oczywiście).

Natomiast jedna zgaszona świeczka została już dyskretnie usunięta z ogólnej, płonącej blaskiem wielkiej palety. Jej długość wskazywała, że mogła się palić jeszcze przez wiele, wiele lat. Bo tak naprawdę, to wypalił się dopiero jej czubek.

Pewien jeszcze młody, w końcu zaledwie 29-letni mężczyzna, dla Rosjan bohater tajnego frontu, a wg nas zwykły, bezimienny kacapski szpieg, nie doczekał się nawet własnej mogiły. Otrzymał natomiast, pośmiertnie, awans na starszego lejtnanta.

A Aneta i Korybut jakoś się w końcu dowlekli do Chaty Socjologa.