"Życie jak zwierciadełko
odbija to co robię
uśmiechać się chce do mnie
...gdy uśmiechnięty chodzę"
...oj tak
Jak Lustereczko...
Ponad ulicami kołysałem się do rytmu Orkiestry na Zdrowie... z łbem pustym co prawda, ale serduchem gorącym, a sami wiecie jak działają balony... byle do góry!
Następne dwie godziny włóczyłem się ciągnąc za sobą cień, równie leniwy co ja... czasem zostawał z tyłu...a czasem znikał w towarzystwie drzew w parku... Trzeba coś z tym zrobić... z tym Zapachem co uwił suchą trawą gniazdo w mojej głowie... Szukam i porównuję... ale to nie tu, zgniła wiechlina z psim łajnem, Błonie też nie...za dużo kretówek.. kilka chwil później Zakrzówek... też nie... Co prawda trawa jest.. i sucha... i coś tam sobie wonie, ale to jeszcze nie to... Do kompletu brakuje jeszcze kilku elementów...
Wyjąłem z plecaka książkę i usiadłem na jednej z półek skalnych , do której czuję wyjątkowo intensywną miętę, już od jakiegoś czasu... weekendowi spacerowicze nie zapuszczają się pod krawędź urwiska, słońce pruje prosto w ryjek, względna cisza, tylko te samoloty...AUDIOSFERA! ot co! nos jest blisko spokrewniony z uchem! Mrużąc oczy udawałem że suchym źdźbłem przebijam je jak mydlane bańki, ech ile bym dał by móc je w ten sposób wszystkie zestrzelić i ocalić przynajmniej niebo...
A niebo było wyjątkowo niebieskie... takie niebo, jak wtedy gdy się chce zatrzymać sekundę na chwilę dłużej, niż trochę... trochę dłużej... więcej... całym być jak to niebo...
Jak wtedy... wczesną wiosną w Prełukach... leżałem na kamieniu nad rzeką, woda opływała mnie z każdej strony a ja gapiłem się jak głupi przez gałęzie na słońce... godzinami... Uwielbiam to robić.. i nigdzie chyba nie jest mi tak dobrze, jak w ramionach Osławy. Od małego przesiadywałem zimowymi wieczorami na kaloryferze, usiłując rozmrozić skostniałe gałęzie i marzyłem o pierwszych promieniach słońca, kiedy zejdą już śniegi... Że najlepszy to czas na odkrywanie, nie muszę chyba nikomu mówić, budzą się chaszczownicy razem w Niedźwiedziami... "...w marcu nad ranem" wyruszają szukać tysięcy posklejanych żab i "łysych kwiatków".
Trasę tę pokonywałem już kilkadziesiąt razy, za każdym razem odkrywając dla siebie coś nowego...czasem zaczynałem w Rzepedzi.. czasem w Komańczy.. a jak przyszła ochota to i tłukłem się z większym plecakiem od Szczawnego przez Turzańsk... Jednak wolę chodzić z mniejszym... wszystko co nam trzeba i tak znajdzie się o właściwej porze. Najczęściej celem był Smoluchów albo Wola Michowa... tym razem jednak coś pokusiło mnie by zajrzeć Smolarzom do garów i dowiedzieć się więcej o wypale. Tyle już lat włóczę się po tych górach i nigdy nie zgłębiałem tematu, owszem, znałem wiecznie umorusane twarze, dym, metrówki... nieodłączny element krajobrazu moich lat... jednak traktowałem je równie pobożnie jak powietrze i przystanki autobusowe, bez większego wnikania w ich wielkie tajemnice, za to z szacunkiem do ich niezbędności. Może to skutek pierwszej wycieczki szkolnej w okolice Kalnicy, kiedy to nauczycielka podstawówki straszyła nasz Murzynami z wypału, a retorty urastały do godności pieca Baby Jagi.
Postanowiłem przełamać tę barierkę odgradzającą mnie od świątyni ciężkiej pracy, pylicy płuc i alkoholu. O budę stojącą kilka metrów za dymiącym piecem stał oparty dziwnie znajomy rower górski (kiedyś zapewne koloru niebieskiego) i rura z podłokietnikiem od kuli ortopedycznej wystająca z reklamówki obok, dodać muszę że reklamówka przedstawiała urocze dwie panie blond włosów z dorysowanymi markerem wąsami.
Oj znam ja takie patenty.... po chwili szoku dotarło do mnie że właścicielem ów sprzętów jest Przyjaciel z Woli Michowej, pałający się z zamiłowania tzw. wykopkami... czyli marszem przez las z wykrywaczem metali wszelakich i trenowaniem krótkotrwałych momentów uniesienia gdy maszyna zapiszczy, zwłaszcza gdy zapiszczy - stąd w języku potocznym urządzenie nosi miano piszczałki. Myślałem że wylazł przed momentem z lasu i pewnie miał coś do załatwienia na miejscu, jakiś lewy worek węgla do grilla...czy coś... Wtem wyskakują nogi z budy, stare wojskowe opinacze, za nogami moro spodnie, za spodniami koszulka z napisem MILICJA , na której końcu twarz, niewiele różniąca się kolorem od koszulki. Z dolnej części twarzy wystawał dymiący pet, z górnej dwa białka, łypiące ni to trzeźwo, ni podejrzliwie...
- Staszek, niech mnie chuj.. co ty tutaj robisz? ale jaja... - usiłując złapać pion, wspomagany pewnym uchwytem drzwi od budy wydał z siebie salwę śmiechu, którego nie da się zapomnieć do końca życia, jeśli się choć raz poznało Oberlojtnanta Von Kristoffa - zapalimy?
- już się dymi - palenie papierosów w bukowym dymie z retorty to jest to co tygryski lubią najbardziej... a zagryzanie tego jeszcze ogórkiem konserwowym (bo kiszone wyszły) i popijanie Nemiroffem to już w ogóle... No to klops, jak śliwka w tort... jak gówno w przerębel... miała być romantyczna próba reportażu na temat pracy przy wypale węgla drzewnego a wyszło jak zwykle... co krok to człek... daj by obcy i intrygujący.. a tu swój.. i równie intrygujący, ba! Jeszcze zabawny, jednak z niebywałym talentem do namawiania skutkującym totalną uległością. Paprykówka ze słoika to takie preludium do skrzynki "radosnej śmierci mózgu"*.
Kriss słynie z zacnych (i tych mniej zacnych też) przyśpiewek ludowych , które wciska w co któreś tam zdanie, wybaczcie że nie sprecyzuję jak często, ale w tym stanie już się nie liczy, no może jedynie na to że się przeżyje to spotkanie.
- Płakała w izdebce,
płakała w stodole,
bo jej przeorali
pod fartuszkiem pole HEJ! - to jak Go znam, będzie zamiast toastu ilekroć między nami przy zabrudzonym stole wyrośnie naczynie, bynajmniej puste...
Rozmawialiśmy jak zwykle o froncie który szedł przez okolicę podczas I wojny światowej, bo Kriss to uznany specjalista w tej dziedzinie i nie jeden mógłby się o tamtych czasach od niego nauczyć... i o klamerce którą przed dwoma dniami wykopał, ładną , carską.. z orłem dwugłowym i czystym biciem..
Kriss dorabiał na wypale od kilku miesięcy, od załadowania i rozładowania pieca po 70 zł... Mówił że trochę się trzeba metrami narzucać... że żyły rosną jak powrozy, a najniebezpieczniejsza to jest pylica i żeby po pijaku nie wpaść do pieca bo nic nie zostanie... że buk po deszczu to ciężki jak Mańka teściowa.. że na jeden kilo węgla trzeba pięć razy tyle "drzewa" Ze na tabletki to nie bukowy jeno lipowy idzie... i że nie tylko do grilla ale też do rysowania i do filtracji... ale po co Wam to wszystko pisze, przecież to samo piszą w Wikipedii, a zapach przychodzi we śnie..
Tak się utopiliśmy w tych opowieściach że wylądowaliśmy nad rzeką... z suszek rosnącej w dolinie Olchy rozpaliliśmy ognisko... pachniało dymem i zgniłą przedwiosenną pożółkłą trawą...
Ech.. lepiej już nie wychodzić z domu....



Odpowiedz z cytatem
Zakładki