Pewnie warunki grały też ważną rolę, ale wyobraź sobie, ze musisz opuścić swoją ziemię (piszę "ziemię" dosłownie, bo mój tato był rolnikiem i zapalonym sadownikiem) i odnaleźć się w obcym, nieznanym miejscu! Nawet klimat, górzystość terenu były im wszystkim przeciwne. Do śmierci wierzył, że "na swoje" wróci. Przywoziłam mu ciągle z Grójca jakieś szczepy jabłoni, które za nic nie chciały rodzić owoców w tak krótkim okresie wegetacji itp. Wprawdzie po wielu latach zrozumiał, że "u siebie" nie będzie już nigdzie, tylko tu. Drugie pokolenie zaczęło się w końcu budować, ze starszych prawie nikt! Ciągle słyszałam opowieści jakie tam były ciepłe wieczory, jakie wspólne (wielonarodowościowo) imprezy, co się śpiewało, jakie owoce i warzywa się udawały, jaka była ziemia itp.
Ot, rozkleiłam się a przecież to tylko rodzinne wspomnienia.


Odpowiedz z cytatem
