BIESZCZADY. W akcji ratunkowej młodzieży, która utknęła wczoraj rano pod szczytem Bukowe Berdo zaangażowanych było blisko 50 osób. Wstępne koszty oszacowano na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ratownicy stanowczo mówią: Szkoła wykazała się brakiem wyobraźni. Z kolei właściciel stanowczo odpiera te zarzuty.
Przypomnijmy, że wczoraj przed godz. 09:00 rano, 10-cio osobowa grupa młodzieży, która przebywała w Bieszczadach na obozie przetrwania wezwała pomoc. Obozowicze nie byli w stanie samodzielnie zejść ze szczytu, byli przemarznięci, osłabieni i niektórzy z nich mieli odmrożone nogi. W całą akcję zaangażowanych było około 50 osób. Ratownicy GOPR-u razem z funkcjonariuszami pieszo dotarli do grupy i ewakuowali ją z Bukowego Berga. Na dole góry czekały już karetki pogotowia, przygotowane miejsca w hotelu i ciepłe posiłki. W sumie w całej akcji ratowniczej wzięło udział 50 osób. Według wstępnych szacunków, działania samych goprowców wyceniono na około 30-35 tys zł. - Jak na razie dokładnie nie wiemy jakie będą koszty całej akcji. Ale możemy przypuszczać, że będzie to właśnie ta kwota – mówi Grzegorz Chudzik, naczelnik bieszczadzkiej grupy GOPR.
Według ratowników organizatorzy obozu organizując taka wyprawę wykazali się brakiem wyobraźni. Pomimo tego, że młodzież była wyposażona w dobry sprzęt, to na pewno brak jej było doświadczenia. Warunki na Bukowym Bergu były wczoraj fatalne. - Nigdy nie rozbiłbym namiotu w takim miejscu i myślę, że żadna z doświadczonych osób by tego nie zrobiła. Kiedy przybyliśmy na miejsce wiele namiotów było porozrywanych przez wiatr. Młodzież była także bez butów – mówi Jarosław Makutynowicz, bieszczadzki goprowiec.
Z takimi zarzutami kategorycznie nie zgadza się Bogdan Tymoszyk, właściciel Szkoły Przetrwania i Przygody SAS we Wrocławiu. Jego zdaniem wezwanie ratowników świadczy o odpowiedzialności młodzieży oraz ich opiekuna. - Warunki pogodowe mogą zaskoczyć nawet najbardziej doświadczoną osobę – mówi Tymoszyk. Obozy przetrwania organizowane w Bieszczadach przez SAS odbywały się od 5 lat.