Użyte przeze mnie sformułowanie "...utknięcie turystów na drodze do Morskiego Oka..." nie wynikało z mojej niewiedzy na temat miejsca gdzie wydarzyło się całe zdarzenie (w opisywanych relacjach miejsce to było bardzo dobrze nazwane i osoby które mają minimalną wiedzę na temat tamtego rejonu bardzo dobrze wiedzą gdzie wydarzyło się zajście). To wydarzenie na pewno będzie w ten sposób definiowane, gdyż w jego nazwie można dopatrzeć się humorystycznego podejścia do całej sytuacji. Bo jak można wzywać TOPR "na drodze do Morskiego Oka" z uwagi na to, że zrobiło się ślisko i zapadał zmierzch?. Widocznie można.
Więc co robiły tam osoby z małymi dziećmi gdy już się ściemniało a na dół jest jeszcze 10 km? Na pewno w planach mieli zjazd wozem konnym. Ale nie było już wozów. I co dalej?
Nikomu nie muszę pisać w jaki sposób należy planować wycieczkę w góry. Trzeba brać pod uwagę różnego rodzaju scenariusze. Ja podszedłbym trochę inaczej do sprawy a mianowicie określiłbym to w ten sposób, że wśród osób starszych oraz osób z małymi dziećmi, którzy nie mogli doczekać się na konne wozy byli tacy, którym fizycznie nic nie było ale mieli pretensje do całego świata, że muszą wracać na dół na nogach a 10 km to trochę huhu za dużo. Artykułów z tego zdarzenia jest wiele w internecie, poniżej jeden z nich z komentarzem TOPR-owca i straży pożarnej.
http://www.gazetakrakowska.pl/artyku...chal,id,t.html
No ale mamy tu bieszczadzkie forum i bieszczadzkie wątki a dużo tych porównań do wypadków tatrzańskich. Może z uwagi na to, że duża część wypadków w Tatrach zdarza się przez nieodpowiedzialne planowanie wycieczek i co gorsza ich realizację a ostatnich kilka wypadków w Bieszczadach z takowymi się kojarzą?



Odpowiedz z cytatem