Problemem jest moim zdaniem to, że ratownictwo górskie próbuje się z definicji zrobić płatnym. Nie ma znaczenia czy wezwanie było słuszne czy nie, należy płacić - z kieszeni lub z ubezpieczenia. I to mi się nie podoba - wprowadźmy wszystkie formy ratownictwa płatneJak wędkarz popłynie na krze (w obecne zimy rzadkie, ale ja jeszcze pamiętam takie akcje ratownicze) albo dziadek zaginie w lesie bo na grzyby wyskoczył - płacić. Zawsze mogli się ubezpieczyć przed wejściem do lasu, prawda?
Stawianie ratownictwa górskiego w osobnej kategorii daje wrażenie, że jakiekolwiek wyjście w góry to szalona ekstrawagancja wymagająca wykupienia ubezpieczenia. A czym różni się złamanie nogi na drodze w Wetlinie po zejściu z Przełęczy Orłowicza (ostatnio była taka sytuacja) od złamania nogi na Krakowskim Przedmieściu? Dlaczego schodzący z gór pechowy turysta ma płacić a mieszczuch na Krakowskim Przedmieściu nie? Fakt, są ludzie włażący przy -15 (prawie) nago na Babią Górę, ale na nizinach też analogicznych przykładów nie brakuje.
Łażenie w góry takie jak mamy w Polsce powinno być promowane, więcej oszczędności państwo ma na tym, że łażący poprawiają kondycję i zdrowie i nie lądują z zawałem w wieku 40 lat na garnuszku państwa, niż wydatków na ratownictwo górskie.
Jeżeli płatne będzie skorzystanie z pomocy pogotowia (zwykłego i lotniczego), WOPR, straży pożarnej, policji, wojska i straży granicznej - zgoda, niech będzie płatny i GOPR. Można się ubezpieczyć, a jak nie opłata idzie z kieszeni. Ale wyciąganie akcji GOPR jako osobnych i propozycje płacenia tylko za to są - moim zdaniem - nie na miejscu.


Odpowiedz z cytatem