Zacytowany przez Ciebie przepis prawny nijak ma się choćby do golasa na Babiej. Tam nie było ani fałszywej czynności (bo faktycznie ratowano życie) ani nawet chęci wywołania niepotrzebnej czynności czy też wprowadzenia w błąd bo to nie golas wzywał pomoc.

Co do moich przykładów to wybacz, ale... czepiasz się szczegółów Niech więc zamiast tego wyprzedzającego kierowcy będzie mama, która zimą jechała na GPS z Warszawy do Radomia, z dwójką małych dzieci na tylnym siedzeniu. Zjechała wg wskazań GPSa z ekspresówki, potem zjechała z asfaltu i w głębokim śniegu brnęła zawzięcie tak długo, aż zakopała się gdzieś w lesie. Gdzieś. Jak ją tam GPS wprowadził nie wiadomo. No ale zakopała się, ani w przód ani w tył, za oknem mróz, noc, las i głęboki śnieg. Na szczęście był zasięg telefonii komórkowej. Znaleziono ich dopiero ze śmigłowca wyposażonego w kamerę termowizyjną. I nie było mowy o płaceniu za akcję ratowniczą (a szukało ich nie 12 ratowników, ale kilkudziesięciu strażaków, policjantów i śmigłowiec).I tyle przykładów, głupota nie jest przywiązana do gór.

A dlaczego propozycje płacenia za ratowanie w górach zdobywają popularność? Moja prywatna teoria jest taka, że przeciętny oglądacz telewizji w pewnym sensie rozumie i tę mamę i tego kierowcę wyprzedzającego na ciągłej. I uważa, że - choć oboje to głupole - to jednak jechali samochodem, każdy normalny człowiek wszak wszędzie jeździ samochodem. A góry? Kto normalny chodzi w góry? No jak chce (a przecież nie musi, może w tym czasie oglądać TV lub łazić po sklepach) to niech ryzykuje na własny koszt. Nie na koszt mój, przykładnego obywatela, kierowcy i oglądacza TV. A potem wielu chodzących w góry podchwytuje tę retorykę: za akcje ratownicze w górach trzeba płacić! Może tylko za głupie, może tylko przy braku ubezpieczenia - ale to nieistotne szczegóły. Ja, doświadczony turysta, jadąc dwa czy trzy razy w roku w Bieszczady mogę do kosztów organizacji dorzucić ubezpieczenie. Jestem osobą odpowiedzialną, wiem co trzeba robić w górach, dam przykład - zapłacę ubezpieczenie. Odcinam się w ten sposób od golasa na Babiej czy pijaka pod Tarnicą - ja nie jestem jednym z nich. Ja jestem odpowiedzialnym turystą! Ale dla przeciętnego oglądacza TV jesteś właśnie traktowany jak ta sama grupa szaleńców: golasy, pijacy i wariaci łażący po górach zimą. Szaleńcem jest każdy kto jeździ rowerem do pracy (a nie jak poważny obywatel własnym autem) i czas wolny spędza inaczej niż przed TV lub w galerii handlowej. Dlatego kierowców trzeba ratować za darmo, telewizyjnych zawałowców i cukrzyków też. Ale za szaleństwo (wycieczka w góry) trzeba płacić... To tyle mojej teorii