Najwyższa pora obudzić się ze snu zimowego. Idziemy dalej:
Rankiem, no może nie tak wczesnym, gdyż już dobrze po szóstej było, ruszyłem obraną drogą przez las, ku polanie. Tam, na szczycie Czuby Wierchu, śniadałem z pięknymi widokami. Po wczorajszym deszczu zostało tylko wspomnienie i trochę błota. Co prawda, gdzieniegdzie jeszcze się kotłowało:
bezdroża1.jpg
Ale wystarczyło zerknąć odrobinkę w bok, by wiedzieć, że idzie ku lepszemu:
bezdroża2.jpg
Z ziemi powyłaziły takie różne kolorowe:
bezdroża3.jpg
I idąc, trzeba było patrzeć pod nogi, żeby tego zielska nie podeptać.
Smyknąłem na pobliską przełączkę i zakręciłem do pustego już miejsca. Kurcze, pierwsze dwa razy jak jej szukałem, przeszedłem przez tą łączkę, tuż obok i do głowy jakoś mi nie przyszło, żeby skręcić. A bo to słuchy chodziły, że pod Obnogą ona jest. Jak pod Obnogą, to pod Obnogą, i tam też szukałem. Ołaziłem się po lesie, znalazłem kilka małych polanek, ale chaty nie namierzyłem. I nabrałem podejrzeń, że to może nie tak całkiem o Obnogę chodzi. Za trzecim razem, myk w bok i jest! A teraz już niestety tylko polanka została i miejsce splantowane ciężkim sprzętem:
bezdroża4.jpg
Zadziwiające, że komuś tak bardzo zależało, żeby żaden ślad nie pozostał. Tu następuje niepohamowany bluzg (taki za tysiąc punktów karnych forumowych) pod adresem ixa, igreka i zeta odpowiedzialnych za to, co się z chatą stało.
Po chwili pognałem na złamanie karku w dół do potoku, nad którym Rogaś z Beskidu Sądeckiego nie mieszkał. W dolnej części stok był niemalże przewieszony:
bezdroża5.jpg
więc początkowe próby serfowania na butach po zbutwiałych liściach skończyły się efektownym dupozjazdem. Czasem to sobie myślę (co mi się nie za często zdarza, ale podejmuję próby :)), że kiedyś mi się może jakaś krzywda stać, a wtedy pożrą mnie bieszczadzkie robale i niejeden kruk smętnie nad truchłem zakracze.
Coby nabrać większej elastyczności i miękkości ruchów, powinienem ćwiczyć Jogę albo co, ale mi się nie chce. Wymyśliłem więc sposób alternatywny: wchłaniam do wewnątrz odpowiednie eliksiry, od mało do wysoce kalorycznych, gdyż jak mi kiedyś ktoś powiedział: z procentami należy iść zawszę w górę. I tak, co widzę jakąś górę to biorę procenty. Początkowo wiadomo, że ciężko jest, balast swoją wagę ma. Za to w miarę upływającego czasu i przelewania zawartości z plecaka do się i od się na zewnątrz, staję się coraz lżejszy i zaczynam niemalże się unosić, choć przyznać muszę, że najlepiej z aeronautyki wychodzi mi jednak pikowanie.
Ale pewną miękkość i gibkość niezbędną przy awaryjnym lądowaniu udaje mi się w ten sposób osiągnąć![]()


Odpowiedz z cytatem