W piątek, tuż po piętnastej, cisnąłem w kąt izby chomąto i pognałem na dyliżans, który miał mnie unieść ku południu. Unosił mnie z przesiadkami przez prawie sześć godzin. Około sto czterdzieści kilometrów, więc zbytniego szaleństwa nie było. W pół do dziewiątej wyskoczyłem w mrok przystankowy, rozpostarłem ręce, głowę do góry zadarłem, szeroko otwartymi ustami chciałem nałykać się powietrza i ....byłbym się utopił, tak lało sakramencko! Nic to! Klamoty na plecy, kaptur na oczy i raźno w drogę, przecież jeszcze z 10 kilosów dreptania asfaltem i godzina lasem. Wdrapałem się na Wilczą Górę i wtedy za plecami pokazało mi się światełko nadziei. No może zanim się pokazało, to zarzęziło, zazgrzytało, zakaszlało i w końcu dopadło wypłaszczenia, na którym sprytnie się zaczaiłem, żeby, jakby co, nie musiało ruszać za bardzo pod górę. Jak się wyłoniło z mroku nocy, to sobie pomyślałem: a pomachujam mu, może się zlituje. Stary Poldek z pięcioosobową załogą, siłą ludzi dobrej woli, bo przecież nie hamulców, zatrzymał się i przygarnął wędrowca na pokład. Wesołe, miejscowe towarzystwo mieszane, pędziło na imprezę do znajomych, do Tarnawy. I już jest dobrze, „się jedzie, się rozmawia, się”.
Się w końcu wysiada przy placu zwózkowym za Mucznym. Jeszcze raz serdeczne Wam dzięki!
Cdn...


Odpowiedz z cytatem
