Z plecaka wygmerałem czołówkę i dawaj przez nieuniknione w takich miejscach zwały błota do lasu. Jak już się przedarłem na lepszą nawierzchnię, to mi czołóweczka zrobiła zygu-zygu czyli mryg, mryg, mryg. Przypomniałem sobie, że cały poprzedni wyjazd też mi tak robiła. Niby jeszcze snop światła docierał od czoła do butów, ale jakoś tak już bardzo niemrawo docierał. Nic nie jest wieczne, nawet baterie alkaliczne. I ten deszcz jeszcze ciągle nap...padał. A trzeba Wam wiedzieć, że mam namiot typu trumna, taki niski, podłużny i wąski, którego konstrukcja wspiera się na dwóch rozmieszczonych na końcach, łukowatych masztach. W związku z tym, żeby działał należycie, musi być dobrze rozciągnięty naciągami. A tu leje i światła mało. Wzięło i się sprzysięgło dzisiaj do lasu nie wpuścić i koniec. I ten, jak mu tam, rozsądek zaczął się wymądrzać, że pora zawrócić, póki niedaleko, że po co, że spoko, że jutro będzie czas, że piwko z kija, że piwko z kija, że piwko z kija. No i tym koronnym argumentem to mnie przekonał. Nie ma to jak w krytycznych sytuacjach posłuchać głosu rozsądku. Zawróciłem. W rowie przed Carpathią obmyłem buciki, żeby na salony szlamu nie nanieść. A tu kicha, ciemno i zakluczone. Polazłem dalej, wzdłuż szpaleru domów ciągnących się tą alejką w kierunku Bukowego. Wszędzie ciemno, dwudziestej druga dopiero, a w Mucznem wszyscy śpią. Ale stukam, do pierwszego, i nic, do drugiego, i nic. O! W trzecim, na pięterku się świeci. Podniosłem rękę, która zamarła w połowie drogi do drzwi, gdyż usłyszałem, a może tylko wydawało mi się, że dobiegające odgłosy nie wskazują by jakiś dodatkowy gość był potrzebny, więc odpuściłem i opuściłem obejście. Hmmm...hotel i Jama zostają. No to najpierw uderzę do Jamy. Światełko się świeci, wchodzę, pustki troszkę, ale już się pojawił młody człowiek, który objaśnił mi, że na jedną noc zostanę przygarnięty, ale jutro jest komplet i nie da się nikogo już wcisnąć. Ponieważ nie zamierzałem dłużej tu przebywać niż do poranka dnia następnego, skorzystałem z gościny. Piwko strzeliłem, coś tam zjadłem, pianą popiłem i jakoś tak się nam zgadało. Sympatycznym, młodym chłopakiem, który mnie przyjął, był Jacek, syn właściciela. Przysiadł się do mnie i troszkę sobie pogadaliśmy o różnych różnościach. Ni stąd, ni zowąd, na stole pojawiła się butelczyna wyciągu z malin, rocznik 2008, „zabezpieczonego przed zamarzaniem”, wytwórni jednego z forumowiczów. Cud-malina taki wyciąg. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? Tak po prostu miało być. Ono to, przeznaczenie czyli, wykorzystując siły przyrody (deszcz) i słabość techniki (baterie) przegoniło mnie z lasu i zagnało na maliny zeszłoroczne. Zbiór udany, wieczór mile spędzony.
Cdn...



Odpowiedz z cytatem