Idąc od zachodu, rozbiłem się jakieś 15 minut przed tą platformą widokową. Nie wiem dlaczego, ale z tego co pamiętam, to najpierw wyszedłem na szczyt, gdzie było oznaczenie, że to Rabia Skała (i właśnie za tym szczytem, jakieś 5 minut na wschód się rozbiłem) a już następnego dnia, po 15 minutach doszedłem do platformy, a właśnie na niej planowałem początkowo spędzić noc.
Nocleg przebiegł w miarę spokojnie. Bałem się zwierząt, ale był spokój. Jedynie 2 razy musiałem jakieś gryzonie odganiać. W sumie to niewiele spałem, bo raz, że namiot rozbiłem na wielkich kępach trawy, i za bardzo nie było się gdzie rozciągnąć, więc spałem skulony w rogu namiotu, a dwa, że mimo 5 podkoszulek, swetra i kurtki, było mi zimno (śpiwór mam do wymiany :P). Wstałem o 4:10 i rozkoszowałem się widokiem. Coś niesamowitego! Szczególnie moment, kiedy pierwszy promień słońca przebił się zza gór. Koło 5:30 byłem już spakowany, ale zostawiłem plecak, zabrałem butelkę, termos i wyruszyłem z powrotem do Dziurkowca, gdzie pod szczytem było zarąbiste źródełko z wodą, które pod wieczór, poprzedniego dnia uratowało mi życie...: Maszerowałem około 3h bez wody, bo 2 źródełka, na które liczyłem (jedno było chyba za Palnicą) okazały się niewielkimi kałużami... Nauczka dla mnie. Ale dźwięk wody, odbijającej się od skał, po kilku godzinach marszu bez kropli w ustach i z nastawieniem, że pewnie i to źródło będzie wyschnięte, zapamiętam na długo. CUDOWNY odgłos :)
Ogólnie to te dwa dni wspominam najmilej, mimo tego, że były najcięższe :)
Pierwszy dzień po przyjeździe spędziłem w schronisku "Koniec świata" gdzie bardzo miło mnie przywitano :) Jeśli dobrze pamiętam, to Pan Łukasz tam urzęduje. Fajny facet :)
Drugi dzień, do próba dojścia do granicznego :P Od schroniska, szedłem taką drogą obok wyrębów lasu. W pewnym momencie powinienem odbić gdzieś na szlak, ale nie zauważyłem oznaczeń i będąc już prawie na granicy, niemal zawróciłem i w konsekwencji wyszedłem gdzieś przed Wolą Michową (szedłem obok wielkich kotłów, gdzie wypala się chyba węgiel drzewny?). Tutaj kolejna nauczka, aby zainwestować w kompas. Na szczęście, trafiłem na miłego pana, który podwiózł mnie wozem do sklepu w Woli Michowej i tam przy piwku Karpackie pogadaliśmy trochę i dowiedziałem się dokładnie gdzie jestem. Z Woli Michowej odbiłem na żółty szlak, którym doszedłem do Balnicy (bardzo fajne miejsce i mili ludzie :) ).
Później już szedłem cały czas granicznym, aż do Wielkiej Rawki. Po drodze, zatrzymałem się w Roztokach Górnych. gdzie spędziłem dwie noce, bo popsuła się pogoda. Ale nie żałuję, bo razem z grupą, która konno jeździ po Bieszczadach (byli chyba z Żubracza" zrobiliśmy bardzo fajne ognisko :)
Potem były dwa dni ciężkiego marszu z noclegiem na dziko, o którym pisałem na początku. Zatrzymałem się w Roztokach Górnych i kolejnego dnia, wyszedłem na Tarnicę. Ten dzień też był ciekawy, bo od połowy drogi obserwowałem niebo i analizowałem, w którą stronę przesuwa się burza. Na szczęście przeszła obok Tarnicy i spokojnie wyszedłem na szczyt. Posiedziałem tam z 45 minut i co najlepsze, przez większość czasu byłem sam, bo wszystkie wycieczki szkolne wystraszyły się burzy i deszczu. Wszędzie do okoła grzmiało, waliły pioruny i padało, a tylko nad Tarnicą było piękne, niebieskie niebo. Niesamowity widok. Oczywiście do czasu, bo schodziłem do Wołosatego podczas burzy.

Tak w sporym skrócie wyglądała moja wyprawa. Na szlaku (od Łupkowa do Wielkiej Rawki) przez te kilka dni, spotkałem jakieś 4 osoby. Także ogólnie wielkie pustki :) Kilka razy miałem kontakt z jeleniami i raz z łosiem (tuż przed Balnicą, stał na torach). BYło niesamowicie i najprawdopodobniej wracam pod koniec września :)

Właśnie tutaj się rozbiłem na dziko. Po lewo i trochę w dół stoku. Taki miałem widoczek rano :)


A tu na słowacką stronę.


I jeszcze widok z Tarnicy.