Zariczne wita nas już typowo letnia pogoda :) W pociagu zesmy mocno zmarzli (tak się konczy jechanie prawie 4 godziny w otwartych drzwiach) więc cieple promienie slonca ciesza podwojnie! Poczatkowo planujemy dalej isc w kierunku wsi Hołubne, ale najpierw zwiedzanie miasteczka. Piwo pod sklepem, obiad w knajpie- gdzie tez szykuje się wesele. Wogole w miescie dwukrotnie spotykamy orszaki weselne, pelne wypucowanych ład i zaporozcow, balonikow, wstązek i odswietnych uczestnikow, których stroje az kapią od cekinow, lejących i lśniacych materiałow, złotych łancuszkow i ostrych makijazy.
Gdy już najedzeni krecimy się po miasteczku w poszukiwaniu rzeki , zaczepia nas mlody miejscowy chlopak. Sugeruje, ze jeśli szukamy przyrody i klimatu- to koniecznie musimy jechac do wioski Komory. Polozona na bagnach, prawie przy bialoruskiej granicy, ponoc jest oaza spokoju i starych chat krytych strzecha. Opowiada nam o rozlewiskach Prypeci, ptakach i wsi zagubionej na koncu swiata.. Chyba on, jako jedyny z miejscowych zrozumial po co tu przyjechalismy.
Jednoglosnie i bez najmniejszego wahania zmieniamy plany- zatem ruszamy na autobus do Mutwicji, a dalej 10-15 km pieszo... Bo do Komor autobus jezdzi tylko raz w tygodniu..
Odwiedza nas także mer miasteczka Zariczne, zaciekawiony obecnoscia niecodziennych gosci. On również poleca nam odwiedzic Komory.
W Mutwicji zwraca uwage zgrupowanie duzego tłumu ludzi. Poczatkowo myslimy , ze skoro dziś niedziela to pewnie jakas msza polowa pod krzyzem lub kapliczka. Zgromadzenie okazuje się jednak być obchodami „dnia pobiedy” pod pomnikiem z czerwona gwiazda. Odswietnie ubrane dzieci deklamuja na podwyzszeniu wierszyki, spiewaja piosenki, są tez przemowy starszych dostojnym glosem czy jakieś chóralne spiewy puszczane z magnetofonu. Często padaja slowa: „zolnierz”, „zwyciestwo”, „wolnosc”, „ojczyzna” czy „rok 42” Ponoc we wsi zostalo jeszcze dwoch weteranow więc cala impreza jest glownie dla nich.
Natomiast na ławeczce nieopodal siedzi grupka mlodziezy, je lody, pali fajki, pokrzykuje ,smieje się glupkowato i puszcza skoczne melodyjki z komórek. Spotyka się to z oburzeniem starszych, którzy kilka razy ich upominaja , zeby się uspokoili przynajmniej na czas uroczystosci lub poszli sobie robic bydlo gdzies dalej. Bezskutecznie, mlodzi nic sobie z tego nie robia... Ich zachowanie bynajmniej nie jest spowodowane niechecia do związku radzieckiego i wspomnien z tym zwiazanych. Nie robia wrazenia zwolennikow niepodleglej Ukrainy czy frakcji „Wolne Polesie”, ktorym dzisiejsze obchody nie w smak.. Z tego co mowi jedna z babuszek- w cerkwi zachowuja się podobnie... Oni po prostu maja wszystko totalnie w d... No może oprócz swoich lsniacych telefonow , które poleruja kilkakrotnie rękawami bluz..
Po pomnikowej uroczystosci swiateczna atmosfera raczej się nie rozplywa- zdaje się przybierac na sile. Tłum rusza gromadnie w strone sklepow i knajp. Starsi obsiadaja ławeczki i sądzac po podniesionych glosach i machaniu rekami- pewnie rozmawiaja o polityce
Bardziej sielska atmosfera plynie z ławeczek obsiadnietych przez starsze kobiecinki w kolorowych chustach.
Zapoznajemy się także z miejscowa nauczycielka, która robi nam zdjecie. Opowiada nam, ze w wiosce był kiedys polski majatek, jest teraz jakieś muzeum i parę razy do roku przyjezdza tu „jakis polski pan”.
Ledwo wyrywamy się miejscowym, odchodzimy kawalek a tu następny mily sklep!! Grzechem by było nie odwiedzic tak zacnego przybytku! I znow trzeba tlumaczyc grupce wesolych babek siedzacych na winkiem w sklepie kim jestesmy, po co przyjechalismy. Najpierw niezmiernie się dziwia po co tu takie kawal jechalismy, przeciez tu nic nie ma.. Tlumacze im, ze przyroda, ze ptaki, ze waskotorowka, bagna, zaby i odpoczynek na łonie natury.. Jednoglosnie przyznaja mi racje, ze faktycznie Polesie to najpiekniejszy zakątek Ukrainy, jeśli nie calej Europy! Nigdzie nie jest tak pieknie jak tu u nich! Babki się troche ze mnie smieja, z odcieniem wspolczucia, ze mam „pięciu mużyków” do upilnowania, „a z jednym nieraz ciezko bywa jak się rozbryka”.
„Moje mużyki” pod sklepem tez nie próżnuja. Przysiedli się dwaj miejscowi – Sasza i ojciec Artioma. (jego imienia nikt nie zapamietal) Więc snuja się tematy o historii, narodowych fryzurach ukrainskich kozakow, czy „chachoł” jest okresleniem obrazliwym, o sympatii (lub jej braku) do Rosjan. Koniecznie chca nam pokazac jakas „dzika koze” , która jakiś facet hoduje w domu. Chca nas odwozic autem do Komor, mimo ze wszyscy już troche wypili. Ostatecznie odporowadzaja nas pod krzyz za wsia, który zawsze stroja na wielkanoc. Opowiadaja tez o grobli, którą prowadzi droga do wsi Komory- dawniej było tylko bagno.. Tam się żegnamy.
Dalej czeka nas pierwsze spotkanie z chmarami komarow i repelentem z alegro- który faktycznie okazuje się skuteczny. Za lasem otwiera się widok na rozlegle bagna i starorzecza , które trzeba przebrodzic. Graja tysiace zab i ptaki- bąki- wydajace odglos jakby ktos dmuchał w pusta butelke. W koncu slonce chyli się ku zachodowi (Wczesniak wygrywa zaklad o której slonce zajdzie). Stawiamy namioty na suchej kępce wsrod bagien. Dalej ksiezyc, wino, jeszcze więcej zab i nocne kwikanie ptactwa wsrod podnoszących się mgiel...
![]()


) więc cieple promienie slonca ciesza podwojnie! Poczatkowo planujemy dalej isc w kierunku wsi Hołubne, ale najpierw zwiedzanie miasteczka. Piwo pod sklepem, obiad w knajpie- gdzie tez szykuje się wesele. Wogole w miescie dwukrotnie spotykamy orszaki weselne, pelne wypucowanych ład i zaporozcow, balonikow, wstązek i odswietnych uczestnikow, których stroje az kapią od cekinow, lejących i lśniacych materiałow, złotych łancuszkow i ostrych makijazy.











Odpowiedz z cytatem