Kolejnego dnia ruszamy, już dla niektorych po raz trzeci, w strone Mutwickich sklepow. Wczesniak dostaje od znajomych sało. O 12 ma być marszrutka, do Zadowża, wsi , która jest w polowie drogi do Lubieszowa , do którego zmierzamy. Marszrutka przyjezdza tak nabita, ze wlozenie do niej 6 osob z plecakami wydaje się niemozliwe. Acz jestem pewna , ze gdyby kierowca mocno zahamowal to by się zaraz okazalo , ze miejsca jest jeszcze bardzo dużo..
Ludziska stoja nawet na schodach i ani mysla się przesunac czy bardziej upychac.. Zatem zostajemy na przystanku... Następna marszrutka jutro..
Nie pozostaje nam nic innego jak piesza wedrowka do Lubieszowa, wspomagana łapaniem stopa.
Pierwsze auto zatrzymuje się chyba 5 min po odjechaniu marszrutki. Ja ląduje kolo kierowcy a chlopaki w bagazniku za kratka.



Droga wiedzie brukowanymi traktami, będacymi polaczeniem kostki i kociego łba. Nie jedzie się po tym zbyt dobrze, więc po obu stronach drogi są wyjezdzone piaszczyste pobocza.



Tak jak wczoraj dominowaly w krajobrazie bagna to dziś tylko suche, piaszczyste, pachnace zywica lasy, wrecz wydmy, porosniete sosna, porostem i szczeciniasta trawa. Kierowca opowiada nam o pobliskim jeziorze Nobel , które poleca na letni wypoczynek. Wysiadamy w Łoknicji, bo kierowca dalej jedzie gdzies w lasy, gdzie z mapy wynika, ze wogole nie ma zadnych drog.
We wiosce nasza dzielna ekipa zdobywa kolejne „podsklepie”. Wyczyn ten oczywiscie trzeba uczcic. Uczta nie jest zwyczajna- dziś mamy sało!!
Nie odchodzimy daleko od sklepu, tylko na rogatki wsi, gdzie w rowie postanawiamy czekac na kolejnego stopa. Sielanka więc trwa, umilana opowiesciami Wczesniaka i Jacka o ich czasach licealnych. Droga prawie nic nie jezdzi.. czasem przemknie jakas łada, zaladowana po dach towarem, albo wesola rodzinka trzymajaca na kolanach torby i kilkoro dzieci. Czasem woz konny jadacy zwykle 500m do najblizszego pola. Najwięcej jest motocykli, które jednak nawet przy najlepszych chęciach nie są w stanie zabrac 6 osob z plecakami Jednak gdy macham auta często się zatrzymuja, aby przeprosic i wytlumaczyc się czemu nie mogą nas zabrac.





W koncu trafia się cos na ksztalt autobusu robotniczego, ale wiezie nas tylko do rozdroza przed wsia Kutyn. Ów stop okazuje się dla mnie bardzo pechowy. Wysiadajac sciagam sobie na noge duzy, metalowy i niestety pełny karnister.. Na szczescie cofam noge na czas i upada tylko na duzy palec. Palec puchnie, sinieje i boli jak szlag, ale chyba nie jest zlamany skoro moge nim ruszac. Rano jest najbardziej opuchniety, nawet ciezko zmiescic noge do buta.. Potem jest już raczej lepiej, ale palec o swojej obecnosci będzie mi przypominal do konca wyjazdu.. Ba! nawet kilka tygodni po powrocie...
Tymczasem kustykam sobie do wsi, gdzie grupa ochoczo zatrzymuje się u kolejnego „piwopoju”.



Co zwraca uwage w większości wsi- prawie w kazdej stoi przynajmniej jeden krzyz przydrozny. Wszystkie są teraz pieknie i kolorowo przystrojone, glownie za pomoca roznobarwnych chust i wstążek. Nie wiem czy to tak zawsze czy tylko na jakieś majowe swieta.





Drugie rzucaja się w oczy okna.. Przewaznie niebieskie, z ramami wycinanymi we wzorki, rzezbionymi fragmentami czy malowniczymi okienniczkami. Czasem widac babuszke jak miesza farbe w malym garnuszku by na wiosne odswiezyc okno swojej chałupki. Zza szyb bardzo często wygladaja na swiat piekne kwiaty doniczkowe a czasem i ciekawski kot. W czasem zakurzone i pokryte pajeczynami okienko przypomina tylko o czasach dawnej swietnosci, gdy zapomniany domek tętnil jeszcze zyciem.







A tu chyba mieszka jakiś weteran




Do Zadowża podjezdzamy marszrutka. Przy sklepie Wczesniak i Jacek tworza lokalne siedlisko hazardu- graja w karty na ukrainski bilon

Nieopodal zatrzymal się obwozny skup ziemniakow. Nie wiedziec czemu ostatnio na Białorusi strasznie podrożały ziemniaki. Z tego powodu Bialorusini wykupuja te tansze ukrainskie prawie na tony!!



Na biwak rozbijamy się zaraz za wsia, w suchym , piaszczystym sosnowym lasku.



O dziwo Komarow jest tu dużo więcej niż w sercu bagien! Chca nas pożrec zywcem! Mnie nawet nie gryza, ale właża do nosa, oczu, uszu..

Grzes wyciaga wodke- zabojce o smaku ziolowym. Niestety , nie było mi dane jej sprobowac. Acz może na szczescie, bo jej dzialanie jest piorunujace. Impreza szybko się konczy, wszyscy padaja spac. Spi się wyjatkowo dobrze, na mieciutkim mchu pośród zapachu szyszek..



CDN