Bardzo wczesnym rankiem, gdy wychodze z namiotu do kibelka, wszedzie wogol sciela się cudowne mgly. Caly swiat wydaje się jakiś nierealny, jak fatamorgana , która zaraz, za sekunde zniknie i zostanie tylko w pamieci. Jak to dobrze, ze chodze do kibelka z aparatem







Kolejnego dnia nadchodzi smutny czas pozegnan. Wcześniak, Jacek i Grzes nas opuszczaja.. Wczesniak z Jackiem jada do Kowla i gdzies tam w rejonie beda szukac miejsca po wiosce , w której niegdys mieszkala Jackowa babcia. Grzes musi wracac na wesele kuzyna.
My z toperzem i frankiem ruszamy ku wsi Swałowicze.

Kierowca autobusu z Lubieszowa dlugo nie może zrozumiec, ze chcemy bilet do wsi Szłapań. Chce nam sprzedac do Lubjazi, bo tam jest jezioro i tam jezdza turysci. W koncu udaje się kupic wlasciwy bilet, ale pol autobusu probuje nas przekonac, ze zle robimy. Ostatecznie tylko jakieś trzy babki przez pol drogi rozprawiaja o biednych turystach , którzy nie rozumieja ukrainskiego i przez to nie stosuja się do zyczliwych porad miejscowych i jak bardzo się rozczaruja jak wysiada w Szłapaniu a tam nie będzie jeziora

W Szłapaniu faktycznie jestesmy bezgranicznie rozczarowani.... Nie ma sklepu!!

Zatem czeka nas nie tylko 12 km do Swałowiczow, ale jeszcze 5 do wsi Hocuń po zakupy.



Stopa nie udaje się zlapac, mijaja nas glownie furmanki z gnojowka. W Hocuniu szybkie zakupy, spotkanie z wyjatkowo namolnym menelkiem i sniadanie zjadamy na rozdrozu pod drzewem.

Dalsza droga do Swałowiczów jest upiorna- zdaje się nie mieć konca. Zwirowa, szeroka droga, po bokach jakieś zagajniki. I przez 10km tak samo, jakby się stalo w miejscu, tylko jakas taśma zwijala się spod nog. Zaduch, kąsajace komary i wijaca się wsrod zarosli droga jak wykuta rynna. Zakret w lewo, zakret w prawo, dluga prosta, komar z lewej, komar z prawek, 5 komarow w nosie i oczach.. A Swałowiczow wciąż nie widac... mam nieodparte wrazenie, ze droga idzie w kółko, a w tym miejscu już byliśmy chwile temu.



Po pewnym czasie jednak los okazuje się łaskawy i nas uwalnia z zapętlonej drogi- na horyzoncie pojawia się wies.. Pierwszy rzuca się w oczy cmentarzyk na piaszczystej wydmie, bardzo kolorowo przyozdobiony.







Dalsza część wsi wyglada zupelnie jak skansen- karpacka Libuchora może się schowac!! Przynajmniej co drugi dom i prawie kazda stodola są kryte strzecha, wokół studzienne żurawie. W powietrzu unosin się zapach kwitnacych bzow i sadow. Do tego piaszczyste wygrzane drogi, gdzie woz zapada się po ośki a obok leniwie rozlewajaca się Prypeć.