ale skad to poczucie beznadziei? byles w pieknym miejscu, wszystko bylo w porzadku... dziwne...
ale skad to poczucie beznadziei? byles w pieknym miejscu, wszystko bylo w porzadku... dziwne...
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
co racja to racja.. moj dziadek zawsze mowil ze nigdy nie mozna "pic na smutno" bo same nieszczescia z tego wyniknaze alkohol nie zmienia nastroju tylko go poteguje... cos w tym jest...
acz gdy humor i nastroj dopisuje - dobry trunek czy klimatyczna knajpa zawsze dobrze widziana![]()
![]()
Ostatnio edytowane przez buba ; 27-05-2011 o 14:33
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
Może cuś przywlókł ze sobą? Nizinną zarazę jaką?![]()
Gdy sobie wspomnę swój pierwszy SAMODZIELNY pobyt w Bieszczadach, to zawsze nieodparcie jedno mi się narzuca - ówczesne uczucie niezwykłej potrzeby ZOBACZENIA. ZBADANIA, POZNANIA, które towarzyszyło mi wówczas bezustannie...latałem po tych górach jak kot z pęcherzem. Wciąż mi było nie dość, za mało. Efektem tej ganianiny nie mogło być w żadnym przypadku uczucie beznadziei. Za drugim razem było tak samo, jak za pierwszym. I tak w zasadzie do dziś.
Przez lata nauczyłem się jednego - czasem zabierze się coś w sobie na wyprawę. W zamęcie codzienności upycha się wszystko po kątach i schowankach duszy, bo nie ma czasu na zadumę. I bywa, że na ciekawie zapowiadającej się wycieczce nagle opanowuje człeka smutas, niepokój czy cokolwiek podobnego:) Ja zwykłem robić przegląd tych 'zasobów' jeszcze w drodze q górom. Tam trzeba przybywać z czystymi myślami:) Albo przynajmniej wiedząc, co w duszy gryzie.
Zaś co do problemu 'zakapiorów', to nie mam pewności. I nie zamierzam tego wyjaśniać. Każdy ma swoją drogę i sobie drepcze do końca. Jeden zygzakiem, drugi po prostej:)
Jednakże poznałem kiedyś osobę, która popadła w górach w deprechę nie byle jaką. Ale o tym nawet przy kieliszku bym nie gadał. Sądzę jednak jedno - też z tym przybyła w góry.
Stąd moja uwaga o nizinnej zarazie:)
Pozdrawiam,
Derty
Rano robimy nic. Lubimy to robić (Z Bertranda, 2011)
właśnie, wziąłby człowiek amunicję
eksportową śliwowicję
drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
"przedsięwzięto ekspedycję" (MamciaDwaChmiele,2012)
Dla mnie też to było dziwne i nie spodziewałem się tego. Bo do tej pory traktowałem Bieszczady wyłącznie turystycznie i przygodowo, tak, jak Wy. Dopiero potem, gdy wracałem, zrozumiałem, że dzięki temu uzyskałem coś niesamowitego. Inicjacje z zasady nie są przyjemne, bo one polegają na trudnościach. Im większe trudności, tym większe zadowolenie po przejściu inicjacji.
Przygody stanowią w Bieszczadach pewnego rodzaju wabik, ale jeśli ktoś przekroczy pewien pułap ich intensywności - to automatycznie jest to traktowane jako pierwszy etap inicjacji, którego drugim etapem jest, niestety, totalna beznadzieja. Wy widocznie jesteście jeszcze na etapie wabika.
... uważasz że wszyscy traktują te Góry jak przygodę a Tylko Ty jesteś "uduchowionym" traperem po inicjacji? ...ło matko... powtórzę się po raz kolejny... BZDURY chrzanisz.. tudzież pieprzysz jak potłuczony.... caałkiem personalne to i świadome... zamierzone wręcz... WY jesteście szczeniaki.. a JA to stary wilk... żesz ...ku... i inne epitety... za dużo tego JA , kolego... płytkie to jak cholera.. ale co zrobić... szczęścia życzę... szczerze... i bez ograniczeń...
hm... w Bieszczadach byłam kilkakrotnie, raz z bardzo ciężkim "bagażem" wydarzeń w życiu osobistym, ale nawet wtedy nie było mowy o jakiejś beznadziei...jeśli przebywam w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi to po prostu zostawiam ten "bagaż" za sobą i ciesze się chwilą.
I chyba bardzo mi się podoba pozostawanie na "etapie wabika"![]()
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)