Może cuś przywlókł ze sobą? Nizinną zarazę jaką?![]()
Gdy sobie wspomnę swój pierwszy SAMODZIELNY pobyt w Bieszczadach, to zawsze nieodparcie jedno mi się narzuca - ówczesne uczucie niezwykłej potrzeby ZOBACZENIA. ZBADANIA, POZNANIA, które towarzyszyło mi wówczas bezustannie...latałem po tych górach jak kot z pęcherzem. Wciąż mi było nie dość, za mało. Efektem tej ganianiny nie mogło być w żadnym przypadku uczucie beznadziei. Za drugim razem było tak samo, jak za pierwszym. I tak w zasadzie do dziś.
Przez lata nauczyłem się jednego - czasem zabierze się coś w sobie na wyprawę. W zamęcie codzienności upycha się wszystko po kątach i schowankach duszy, bo nie ma czasu na zadumę. I bywa, że na ciekawie zapowiadającej się wycieczce nagle opanowuje człeka smutas, niepokój czy cokolwiek podobnego:) Ja zwykłem robić przegląd tych 'zasobów' jeszcze w drodze q górom. Tam trzeba przybywać z czystymi myślami:) Albo przynajmniej wiedząc, co w duszy gryzie.
Zaś co do problemu 'zakapiorów', to nie mam pewności. I nie zamierzam tego wyjaśniać. Każdy ma swoją drogę i sobie drepcze do końca. Jeden zygzakiem, drugi po prostej:)
Jednakże poznałem kiedyś osobę, która popadła w górach w deprechę nie byle jaką. Ale o tym nawet przy kieliszku bym nie gadał. Sądzę jednak jedno - też z tym przybyła w góry.
Stąd moja uwaga o nizinnej zarazie:)
Pozdrawiam,
Derty



