Cytat Zamieszczone przez po prostu Maciek Zobacz posta
Widziałem film już kilka razy - naprawdę bardzo dobry. Muzyka, gra aktorska i inne części składowe opisu recenzenckiego również wypadają więcej niż dobrze. Ale za każdym razem jak oglądam ten film, a widziałem go już kilka razy, nachodzi mnie jedno pytanie - mianowicie - na Alaskę i inne ostępy Ameryki Północnej wyjechało masę ludzi z takich czy innych powodów, którzy zmagając się z żywiołem, stawiając czoła pieknej ale bezlitosnej naturze robią to (w przeciwieństwie do bohatera filmu) z powodzeniem. Ale popkultura nie wiedzieć czemu pamięta o romantyku bez pomysłu, wiedzy i rozsądku wystawiając Mu pomnik w postaci książki, a później również adaptacji filmowej. Czyżby po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że śmierć najlepiej napędza show-biznes? Bo nie chcę mi się wierzyć żeby książka i film powstały jeżeliby Chris McCandless przeżył i spełnił swoje marzenie - zamieszkał w głuszy zostając "traperem", przewodnikiem, osadnikiem etc.
Na pewno ta śmierć trochę przyczyniła się do decyzji o nakręceniu filmu . Ale patrząc szerzej - wychodzi dużo ksiązek o tematyce - "ucieczka w głuszę, samotna chatka , życie zgodne z Naturą itp." Szczególnie w j. ang. Ale i do nas docierają tego typu lektury - np. Elizabeth Gilbert - Ostatni taki Amerykanin (facet ucieka od cywilizacji w Appalachy) czy Sylvain Tesson - W syberyjskich lasach : luty - lipiec 2010 r (domek nad Bajkałem). I też filmy (tyle że dokumentalne) o nich powstały. I oni przeżyli i czują się dobrze
Ale wracając do
"Into the Wild" - to jego lektura powinna być obowiązkowa dla niektórych zapaleńców z naszego forum , co to się chcą osiedlać i zakapiorzyć Bo poza oczywistymi różnicami w dzikości Alaski a naszymi Bieszczadami skłania do refleksji - jak przełożyć język marzeń o "dzikości" na realizm życia.