
Zamieszczone przez
po prostu Maciek
Widziałem film już kilka razy - naprawdę bardzo dobry. Muzyka, gra aktorska i inne części składowe opisu recenzenckiego również wypadają więcej niż dobrze. Ale za każdym razem jak oglądam ten film, a widziałem go już kilka razy, nachodzi mnie jedno pytanie - mianowicie - na Alaskę i inne ostępy Ameryki Północnej wyjechało masę ludzi z takich czy innych powodów, którzy zmagając się z żywiołem, stawiając czoła pieknej ale bezlitosnej naturze robią to (w przeciwieństwie do bohatera filmu) z powodzeniem. Ale popkultura nie wiedzieć czemu pamięta o romantyku bez pomysłu, wiedzy i rozsądku wystawiając Mu pomnik w postaci książki, a później również adaptacji filmowej. Czyżby po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że śmierć najlepiej napędza show-biznes? Bo nie chcę mi się wierzyć żeby książka i film powstały jeżeliby Chris McCandless przeżył i spełnił swoje marzenie - zamieszkał w głuszy zostając "traperem", przewodnikiem, osadnikiem etc.