Miejsce akcji: tzw. chatka studencka, dość wysoko w górach, bez drogi, bez prądu, telefonu i innych wygód. Czas akcji: początek lat 70. XX w. , koniec grudnia.

Bohaterowie: kilkunastu dziwaków, co to we święta nie mogą w domu wytrzymać, bo w góry ich ciągnie.

W Polsce wyprodukowano właśnie pierwsze magnetofony kasetowe, licencyjne MK-125. Taki magnetofon przyniósł ze sobą Jasiu. Każdego wieczora zakładał słuchawki i – podobno – uczył się języków. Nie wiem jakich, bo nie było słychać.

Pewnego razu Jasiu włączył magnetofon bez słuchawek i z głośnika rozległy się dźwięki jakiegoś koncertu symfonicznego. Tu odezwał się Docent: Jasiu, jak to możliwe, że w takim małym pudełku zmieści się taka duża orkiestra? Wypowiedział to tak poważnie i z takim przekonaniem, że nie tylko Jasiu ale także kilku innych, uczynnych kolegów zaczęło mu tłumaczyć zjawisko zapisu magnetycznego i wyjaśniać zasadę pracy magnetofonu. Docent niby kiwał głową, że rozumie ale nie ze wszystkim się zgadzał i dopytywał się dalej. No skrzypce, to ja rozumiem, cienkie są, zmieszczą się na takiej taśmie. Ale taki kontrabas albo helikon to się na pewno nie zmieści. Fachowiec od akustyki – a i taki był tutaj - zauważył, że Docent ma poniekąd rację. Odtwarzanie niskich częstotliwości na takim sprzęcie rzeczywiście nie jest rewelacyjne. A Docent pytał dalej: A jakby ta orkiestra była jeszcze większa, to czy trzeba by większe to pudełko zrobić? Ja także – przyszły elektronik – poczuwałem się do obowiązku objaśnić Docentowi kilka kwestii. I mieliśmy temat na cały wieczór.

Od tego czasu minęło prawie czterdzieści lat, a ja do dziś nie wiem, czy Docent mówił poważnie, czy wpuszczał nas w maliny.

P.S.1. Wspomniane w opowiadaniu imiona i pseudonimy są prawdziwe, mam nadzieję, że bohaterowie nie czytają tego forum.
P.S.2. Zbieżność tematyki mojego opowiadania z wątkiem, do którego je przyczepiłem jest przypadkowa i tematu nie będę kontynuował.