"Stachura i kowboje. Pokolenie westmanów" nie jest książką ściśle o Bieszczadach. Jest to natomiast książka o Polsce kulturalnie zdominowanej przez Bieszczady - niestety, w dzisiejszej rzeczywistości temat tabu. Po bardzo długim czasie zbierania materiałów, pisania i poprawiania wreszcie udało mnie się ją ukończyć, choć w Internecie umieszczono na razie tylko pierwszą część. Na umieszczenie drugiej - a właściwie dwóch następnych, które opowiadają o tym, co się stało z tą rzeczywistością po tzw. odzyskaniu przez Polskę wolności - wciąż czekam.

Możne tę książkę poczytać tutaj:
http://ch.nstrefa.pl/stachuriada/sta...i-kowboje.html

Jako ilustrację jej klimatów podaję motto całej książki oraz cytat z samego końca, który niestety jeszcze nie jest dostępny:

„Patrząc wstecz na wspaniałe lata, w których miałem niewątpliwe szczęście uczestniczyć, widzę wyraźnie, gdzie nastąpił początek tej historii. Gdzie jest to źródło, które do dziś w nas bije i z którego do dziś czerpiemy. Nazwę to umownie:
WOLNA REPUBLIKA WETLINA.
Granice tej republiki nigdy nie zostały fizycznie określone, nigdy bowiem nie pokrywała się z granicami rzeczywistej Wetliny; to ludzie tworzyli ją swoimi charakterami. W czasie, gdy rzeczywistość naszych domów daleka była od normalności, gdy rzeczywistość ulicy ociekała od paranoi, wrogości i absurdów, a granice były zamknięte, wyjazd w góry, w Bieszczady, do Beskidu Niskiego, był odczuwany jak powiew wolności. Bo to wolność tam, w górach, była. Wolność, tolerancja, niezależność, prawda. To wielkie słowa, powiecie, ale jak inaczej mam to nazwać? Toż to po prostu tak było J. A w czasach, kiedy rozpoczynaliśmy naszą górską przygodę, góry kipiały od osobowości, od niezależnej rzeczywistości, od wyzwań, które rzucało się światu... Piosenką, przyjaźnią, trudem, który wkładało się we własny rozwój... (...)
Wolnej Republiki Wetliny już nie ma. Był to jakby odprysk tej wolności, która przepięknym, czystym płomieniem pierwszej Solidarności wypaliła zło. Cel jednak został osiągnięty, i gdy ze sceny zeszła ukochana pani, za nią podążyli jej kochankowie...”
(westmeni.pl; wersja poprawiona – z polską czcionką)


Wehikuł czasu – to byłby cud!
(„Dżem”)

„...I wiem, że coś jeszcze umarło tam (...). Marzenie naszych ludzi. Piękne marzenie... Krąg wspólnoty (...) rozprysł się na kawałki. Nie ma też środka. Święte drzewo umarło.”
(Czarny Łoś – za: Dee Brown „Pochowaj me serce w Wounded Knee”)



Z chlebakiem, plecakiem i przytroczonym doń namiotem, po górach, nizinach i wyżynach, po drogach kamienistych, piaszczystych i błotnistych, w różnych porach roku, dnia i nocy, wędruję tak po Polsce. Nie szukam żadnych nieziszczalnych marzeń, ani „szczęścia”, czyli stanu niekończącej się przyjemności. Szukam podobnych mnie wędrowców, resztek pokolenia westmanów, z jego zamiłowaniem do przygód i wiedzy, fachowym stosunkiem do turystyki i życzliwością dla ludzi, spotkanych na Szlaku. Szukam ludzi takich, jakich pamiętam z dzieciństwa, a jakich ostatnie przykłady widywałem jeszcze w liceum, w połowie lat dziewięćdziesiątych.
Niestety, szukam na próżno. Choć bowiem szlaki górskie i brzegi jezior wypełniają tłumy coraz większe, nie są to bynajmniej westmani. W karykaturalnych szczątkach środowisk post-westmańskich, które jeszcze istnieją, brak jest zainteresowań intelektualnych i fascynacji Przygodą. Nie widzi się braterstwa – raczej zamknięcie na innych i indywidualizm. Także i oni uciekają już nie od „cywilizacji”, lecz od innych ludzi – i czują się bardzo zawiedzeni, gdy w trakcie wędrówki spotkają kogoś innego. Widomy to przecież znak, że ucieczka się nie udała.... Nawet więc, jeśli mówią jeszcze „Cześć!”, myślą w rzeczywistości: „Bodajbyś przepadł!”. Gatunek turysty „przedkładającego cele poznawcze ponad inne” wyginął wraz z klęską pokolenia westmanów doszczętnie, niczym tur z Puszczy Jaktorowskiej. Można starać się go odradzać – tylko komu na tym dziś zależy? Jeśli było w tym coś dobrego, Niewidzialna Ręka Rynku odrodzi go sama. Jeśli nie odrodzi – widać był komunistyczny...
Co krok napotyka się za to w każdym ciekawszym i lepiej znanym miejscu tłumy konsumujących drobnomieszczan, spędzonych przez przemysł turystyczny i wszędobylską reklamę. Gdzie nie ma masowej turystyki – wyrastają domki letniskowe i wille oraz tablice: „TEREN PRYWATNY! WSTĘP WZBRONIONY!”. „Ludzi coraz więcej, człowieka coraz mniej”...
Rafał Ziemkiewicz pisał w cytowanym wcześniej artykule o ludziach „wypadniętych z czasu”. Im dłużej żyję, tym bardziej widzę, że jestem jakby ostatnim wojownikiem z wybitego do nogi plemienia, chodzącym po świecie, który był niegdyś jego, ale w którym nikt już nawet nie jest w stanie zrozumieć jego języka.
Czasem zdaje mnie się, że oto właśnie odnalazłem klimat pokolenia westmanów, jak choćby dwa lata temu na „Stachuriadzie” w Grochowicach, lub w bacówce pod Małą Rawką w Bieszczadach. Niestety, po bliższym przyjrzeniu się czar pryska jak bańka mydlana, zostawiając poczucie zawodu i nienasycenia.
Warszawa, grudzień 2010