Wehikuł czasu – to byłby cud!
„...I wiem, że coś jeszcze umarło tam (...). Marzenie naszych ludzi. Piękne marzenie... Krąg wspólnoty (...) rozprysł się na kawałki. Nie ma też środka. Święte drzewo umarło.”
(Czarny Łoś – za: Dee Brown „Pochowaj me serce w Wounded Knee”)
Z chlebakiem, plecakiem i przytroczonym doń namiotem, po górach, nizinach i wyżynach, po drogach kamienistych, piaszczystych i błotnistych, w różnych porach roku, dnia i nocy, wędruję tak po Polsce. Nie szukam żadnych nieziszczalnych marzeń, ani „szczęścia”, czyli stanu niekończącej się przyjemności. Szukam podobnych mnie wędrowców, resztek pokolenia westmanów, z jego zamiłowaniem do przygód i wiedzy, fachowym stosunkiem do turystyki i życzliwością dla ludzi, spotkanych na Szlaku. Szukam ludzi takich, jakich pamiętam z dzieciństwa, a jakich ostatnie przykłady widywałem jeszcze w liceum, w połowie lat dziewięćdziesiątych.
Niestety, szukam na próżno. Choć bowiem szlaki górskie i brzegi jezior wypełniają tłumy coraz większe, nie są to bynajmniej westmani. W karykaturalnych szczątkach środowisk post-westmańskich, które jeszcze istnieją, brak jest zainteresowań intelektualnych i fascynacji Przygodą. Nie widzi się braterstwa – raczej zamknięcie na innych i indywidualizm. Także i oni uciekają już nie od „cywilizacji”, lecz od innych ludzi – i czują się bardzo zawiedzeni, gdy w trakcie wędrówki spotkają kogoś innego. Widomy to przecież znak, że ucieczka się nie udała.... Nawet więc, jeśli mówią jeszcze „Cześć!”, myślą w rzeczywistości: „Bodajbyś przepadł!”. Gatunek turysty „przedkładającego cele poznawcze ponad inne” wyginął wraz z klęską pokolenia westmanów doszczętnie, niczym tur z Puszczy Jaktorowskiej. Można starać się go odradzać – tylko komu na tym dziś zależy? Jeśli było w tym coś dobrego, Niewidzialna Ręka Rynku odrodzi go sama. Jeśli nie odrodzi – widać był komunistyczny...
Co krok napotyka się za to w każdym ciekawszym i lepiej znanym miejscu tłumy konsumujących drobnomieszczan, spędzonych przez przemysł turystyczny i wszędobylską reklamę. Gdzie nie ma masowej turystyki – wyrastają domki letniskowe i wille oraz tablice: „TEREN PRYWATNY! WSTĘP WZBRONIONY!”. „Ludzi coraz więcej, człowieka coraz mniej”...
Rafał Ziemkiewicz pisał w cytowanym wcześniej artykule o ludziach „wypadniętych z czasu”. Im dłużej żyję, tym bardziej widzę, że jestem jakby ostatnim wojownikiem z wybitego do nogi plemienia, chodzącym po świecie, który był niegdyś jego, ale w którym nikt już nawet nie jest w stanie zrozumieć jego języka.
Czasem zdaje mnie się, że oto właśnie odnalazłem klimat pokolenia westmanów, jak choćby dwa lata temu na „Stachuriadzie” w Grochowicach, lub w bacówce pod Małą Rawką w Bieszczadach. Niestety, po bliższym przyjrzeniu się czar pryska jak bańka mydlana, zostawiając poczucie zawodu i nienasycenia.
Zakładki