Jest piątek, zwijam się nieco wcześniej niż zwykle z pracy. Mam cały majdan zwinięty w garbie i ruszam jak ten wielbłąd w trasę. Naipierw parę stacyjek metra. Następnie SKM-ką tunelem średnicowym. Wreszcie jestem przed busem który ma mnie wywieść z Miasta Stołecznego Wa-wy do Miasta Królewskiego Sanoka. Z godzinnym opuźnieniem opuszczamy aglomerację Warszawską, by o godzinie 20 być w Bramie Bieszczadów. W bramę trafić nie problem, ale co z jej przekroczeniem? Dylemat - jak niezmotoryzowanemu dostać się w głąb Bieszczadów? O tej porze żadne autobusy na Wetlinę nie ruszają. Iść do hotelu? Nieco drogo. Kwater prywatnych nie znam. Nawet nie wiem gdzie szukać? No cuż, macham reką i się udaje, jest transport. Dzięki dobrym ludziom jestem o 21 w Cisnej. Zachodzę do znajomych i mam nocleg.
Sobota ranek, telefonicznie umawiam sie z Marcowym, że spotkamy się w Łopience. Ruszam przez Cisną, witam się z Bardem Bieszczadu. Chwilę ze sobą rozmawiamy. Wtem wpada trzech młodych jegomości i pytają o wypał węgla. Mi w to graj. Zagajam o wypale obok "Spisówki". Po kilkunastu minutach zatrzymujemy się na parkingu przy drodze do Łopienki. Dziękuję kolegom za przejazd. Oni zadowoleni, mają obiekt do focenia (chłopaki z koła fotograficznego w Krośnie) ja też. Idę do cerkwi w Łopience po drodze oglądając sągi drewna, drugi wypał. Podziwiam budowle bobrów. Bez projektu, bez pozwoleń, własnymi zębami. A takie praktyczne i trwałe. Wreszcie jestem przy cerkwi. Wewnątrz nowo zrobiona posadzka. Dzwonnica pomalowana i zamknięta. Zaglądam do słynnej dziupli w Lipie i tu niespodzianka. Jakaś gadzina. Długie to to na jakiś metr, może ciut mniej, koloru brązowego. Wolę zostawić zwierzaka w spokoju. Siadam se przed cerkwią. Czas powoli mija. Zjawiają się konni. "Prezes" z klijentami wybrał się na kilkudniowy rajd konny.
cdn.


Odpowiedz z cytatem