Rano się rozdzielamy. Chłopaki planuja dłuzsza trase po górach, my tuptamy doliną. Mijamy miłą wioskę Słoboda, cudowne źródełko a dalej to już wybitnie widac , ze zbliżamy się do obrzydliwie turystycznego jeziorka Synewirskiego. Od początku mam podejrzenia jak tam będzie wygladac, ale skoro jestesmy 5 km dalej to może warto zobaczyc na własne oczy.. W przysiólku Krasnyj bardzo dużo się buduje, zwłaszcza drewnianych ogromnych domow z bali. Widac od razu na co ida te tony wycinanych w Gorganach drzew.
Wstęp do jeziorka oczywiscie płatny.. Obok parking z autokarami. Nagle, po kilku dniach spedzonych w cichych i uroczych gorganskich ostępach lądujemy w innym swiecie.. Woskowane auta, bramy, szlabany...przechadzaja się rozne indywidua majace wypisane na twarzy „jestem snobem”, rozwrzeszczane tłumy wysypujace się ze wszystkich stron.. Ot chyba takie ukrainskie Morskie Oko.. Wszedzie wokół stoja tabliczki o koniecznosci ochrony przyrody. Mijamy tez jakiś oboz naukowy, okolo 30 mlodych ludzi z opiekunami. Kazdy z nich niesie naręcza wyrwanych z korzeniami roslin, z rozmow wynika, ze chyba do zielnika. A w tle kolejna tabliczka o najcenniejszym w kraju rezerwacie...
Nad jeziorkiem szeregi straganow z koralikami, fajkami, ciupagami, dlugopisami- jak w tysiacach tego typu miejsc na calym swiecie. Tylko tu pisze na toporku „Synewir”- zamiast „Zakopane”, „Jałta”, „Siekierezada” czy „Drakula”.
Wszyscy się gapia na nas jakbysmy mieli czułki, ogony dinozaura albo przynajmniej po 3 głowy.
Próbuje się choc troche wczuc w lokalna atmosfere i robie sobie fotke z niedzwiedziem
Samo jeziorko nawet calkiem fajne... gdyby nagle moglo zniknac to wszystko wokol
Nad samym jeziorem hotel- chyba jedno z sympatyczniejszych miejsc w rejonie, przypomina troche stare, sudeckie schroniska. Zjadamy tam obiad obserwujac jak nowi ruscy demoluja lodowke oraz mały chlopczyk drze się ze chce wszystkie napoje z lodowki naraz i natychmiast!
Podobna atmosfera ciągnie się wzdluz calej szosy do Synewirskiej Polany. Obserwujemy scenke gdy zatrzymuje się przez knajpa wypasiona terenowka, wysiadaja nowi ruscy i zaczynaja się domagac pieczonego dzika. Wlasciciel knajpy tlumaczy, ze dzika nie ma i probuje zaproponowac cos innego z dlugiego menu. Tamci zaczynaja krzyczec, ze oni jada tu z innego kraju, ze płacą i wymagają- i dzik ma być zaraz!! Ostatecznie udaje się rozwiazac sprawe bez rekoczynow, rodzinka klnąc i złorzecząc odjezdza.. Wrzaski milkną, kurz na drodze opada, ale smuga smrodu jeszcze dlugo unosi się w powietrzu...
Przy szosie co krok pole biwakowe- z cennikiem- ile za korzystanie z wiaty, za namiot, za ognisko.. Niby nie tak drogo, ale raczej z zasady omijamy takie miejsca.. Poza tym komu placic? Skąd wiedziec , ze jak w nocy przyjedzie poborca haraczu – to jest ten wlasciwy? ze potem za godzine nie przyjedzie jeszcze raz jego kumpel? No i chyba idealne miejsce, zeby znudzeni miejscowi przyjechali skubnąc kasiastych turystow...
Po drodze spotykamy dwie krowki.. i pastereczke... chyba najmniejszą jaką dotychczas widzialam.
Synewirska Polana robi wrazenie jakby było tu jakieś swieto albo festyn. Wszedzie pelno ludzi. Chlopaki jezdza w kolko na motorach, nastolatki się lansuja w wyzywajacych kreacjach.
W sklepie grupka Litwinow robi zakupy za prawie tysiac hrywien, wrzeszcza, szpanuja wypchanymi portfelami, komentuja glosno zachowanie czy ubrania miejscowych. Obok stoi grupka malych,miejscowych chlopaczkow, patrzac na przybyszów z nienawiscia i sprytem kieszonkowca...
Rozbijamy się w bocznej dolinie..
Miejsce niby wyznakowane z racji parku narodowego, ale już bez oplat. Pytamy w chałupie nieopodal czy tu mozna- „Jasne, ze można. Tylko nie spalcie mi płotu w ognisku!”. Faktycznie plotek wyglada na calkiem nowy w odroznieniu od stolika
Wokół krążą krowy z dzwoneczkami a miejscowe chlopaki myją w potoku niwe.
Reszta ekipy dociera dość pozno. Trafili na wycinki, wiatrołomy, błotniste drogi zrywkowe... Coś jest w tej opowieści miejscowych, że lokalni drwale najchetniej wycinaja te drzewa z oznaczeniami szlaku
W nocy burza, od rana ciągle polewa. Dziś koniec pierwszego tygodnia więc i wspolnej wedrowki- chlopaki muszą wracac do domu. My z toperzem decydujemy się z racji na pogode nie wyruszac dziś dalej.
Ide polazic po wsi w poszukiwaniu mleka i jaj. W większosci gospodarstw mleka nie ma- będzie wieczorem, bo teraz krowy na pastwisku.
W koncu dostaje butelke mleka od babki, która sama krow nie ma, ale rano mama przyniosła jej skopek. Sąsiadka zauwaza tą sytuacje przez płot i chyba robi się jej głupio , ze ona nie dała nic turystom- i zaraz przynosi nam 11 jajek. Jedno jajko jest jakieś dziwne, może kacze albo gęsie? Rozni się kolorem skorupki, a i w srodku jest jakieś nietypowe..
Wogole już cala wies wie , ze turysty obozuja na gorce za wsia. Parę osob mnie pyta czemu się boimy miejscowych i jak ktos nas zagada to uciekamy? Od razu jakos przychodzi mi na myśl Piotrek i Krzysiek , którzy rano z obłędem w oczach popędzili przez wies , zeby zdążyć na autobus do Miżhirii![]()












Odpowiedz z cytatem