Widocznosc jest niesamowicie dobra... Az za dobra.. Widac kilkanascie pasm jedno za drugim, na gorganach można wręcz policzyc kamienie, przyjrzec się porostom czy kosowce.. Wszystko jak narysowane.. Widac od Bieszczadow po rumunskie pasma.. I to mieszane uczucie, które zawsze dopada w takich momentach.. Radosc , ze mam mozliwosc to widziec... i smutek , co będzie jutro.. Zwykle w takich momentach nie udaje się zejsc sucha stopą w doliny...

Idziemy sobie polonina „pożerajac” widoki. Wieje lodowaty wiatr , który raz mnie przewraca w borówki.















Namiot stawiamy na przełeczy- tu jakos mniej wieje, wydaje się być osłoniete, a widok 360 stopni. Robie kilka fotek namiotu- jutro może być za pozno...



Już wieczorem pogoda się psuje, chmura zabiera widok na Gorgany. Popaduje. Zrywa się i tu strasznie silny wiatr, który huczy w płachtach namiotu. Ubieramy na siebie wszystkie cieple rzeczy jakie mamy, ale niewiele pomaga..Sytuacje troche ratuje duza ilosc herbaty- i mala butelczyna żołądkowej gorzkiej :)

W nocy jest tylko gorzej... Zrywa się potworny wiatr.. I potoku deszczu.. Duje tak , ze zaczyna kłaść namiot, składac pałąki, momentami dociska sciany i sufit do podłogi.. Zrywa odciagi i przedsionek.. Jak się pozniej okazuje troche połamało jeden pałąk( ale i tak jestem w szoku, ze reszta namiotu jest nadal w calosci.) Brak odciagów w połaczeniu z deszczem i zacinaniem huraganowego wiatru powoduje, ze do namiotu zaczyna się wlewac woda. Pod karimatami mamy już niezle jezioro... Koło 6 postanawiamy, ze nie ma już co dłuzej czekac- trzeba się zbierac. Jeszcze chwile tu posiedzimy to będziemy mieć wszystko mokre, łącznie z ciuchami na zmiane w plecakach. Acz powiedziec dużo prosciej niż zrobic.. Pakowanie się ,gdy co chwile wiatr dociska cie do przeciwleglej, ociekajacej woda sciany namiotu, nie jest takie proste.. Wokół mgla jak mleko... Wczorajsze widoki pozostaly tylko wspomnieniem. Składamy płynacy namiot (z którego slyszymy już radosne popiskiwania grzybkow) i ruszamy w dół, w strone Kołoczawy.

Poczatkowo prowadzi dość wyraźna sciezka wsrod borowek, skąpanych w deszczu swierkow i uginajacych się od wody traw. Potem jakos sciezka zaczyna przypominać koński trakt, błotnisty, rozdeptany kopytami i gesto znaczony dorodnymi, końskimi kupami. Ale jako ze w tym paśmie spotkalismy kilkanascie koni a turystow żadnych wydaje się to normalne.. Tylko, ze nagle ściezka się konczy... Widac stado koni się zdematerializowało, uleciało w inne wymiary albo rozpłyneło w powietrzu.. Poczatkowo kluczymy lasem poszukujac kolejnych sciezek. Znajdujemy tez ognisko z wypalonymi puszkami- tego nie mogly (chyba ) dokonac konie.. więc ktos tu byl- i to calkiem niedawno, jeszcze widac wygnieciona trawe.. Ale dokąd poszedł? Na tym etapie wahamy się dokąd isc- czy ruszac w dól na przełaj czy wracac na połonine szukac zagubionej sciezki? Na górze chmura, ulewny deszcz i lodowaty wiatr.. Decydujemy się schodzil w dół lasem , nie może być daleko- nawet widac stad w dole zabudowania przysiółkow Kołoczawy.

Ale napotkany las nie przypomina chaszcza znanego z Bieszczad , Świdowca czy zboczy zakarpackich połonin.. Początkowo wpadamy we wiatrołom.. Ogromne poprzewracane drzewa jedno za drugim tworza jakby kilka kregów i zasieków. Ani przejść nad nimi bo za wysoko, ani się przeczołgac pod, bo gałęzie powbijane az w błotniste poszycie.. Do tego wszystko sliskie od ciagle padajacego deszczu.. Część z nich omijamy, nadkładajac drogi w zupełnie przeciwnym kierunku, przez część udaje się jakos przeleźć.. Przysłowie : „Im dalej w las , tym więcej drzew” nabiera nowego wymiaru... Na usta cisną się wszystkie przekleństwa jakich w ciagu całego życia zdołalam się nauczyc.. Gdy wiatrołom w końcu się się przerzedza odsłania się zejscie w doł. Jest to porosłe lasem zbocze, żeby nie powiedziec urwisko.. Kąt nachylenia chyba kolo 60 stopni.. Teraz w koncu wiemy czemu pozornie połoninny Negrowiec ktoś zaliczył do Gorganów.. Całe zbocze to osypujacy się gorgan, luźne, uciekające spod nóg kamienie. Całe zejscie ta pionową skarpą to zjezdzanie, na butach lub tyłku wraz z osypujacymi się kamulcami, śliskimi patykami i rozmiękła ziemią. Co chwile grunt ucieka spod nóg i lece w dól przygniatana plecakiem ciorając pyskiem po gorganie.. Gorsze od samego zejscia i ukształtowania terenu są nachodzace nas czarne myśli: jestesmy tylko we dwoje, co będzie jak ktoś pojedzie mniej szczesliwie i skręci albo złamie noge? Zostawic poszkodowanego i iść dalej w dół po pomoc? Jest duza szansa, ze nie odnajdziemy tego miejsca.. Zadzwonic po pomoc? Gdzie? Nawet nie wiemy czy jest zasieg.. I co powiedziec? Nawet dokładnie nie wiemy gdzie jesteśmy.. Nieść poszkodowanego na plecach razem z dwoma plecakami? Siąść i buczeć? Zatem związujemy najmocniej jak umiemy buty i schodzimy najwolniej i najostrozniej jak się da.. Jak długo schodzimy? Nie wiem.. Czas odmierza tylko łomotanie serca, trzask łamanych gałezi i łoskot osuwających sie kamieni..

W koncu dochodzimy do potoku..Widac dokladnie przeciwlegle , rownie strome zbocze jak i wode radosnie szemrzaca po kamyczkach.. Humory się poprawiaja :) Siadamy na chwile by odpocząc i wpatrujemy się pluszczacy strumyk.. Zbocza są strome, ale potok nie niesie zbyt wiele wody, chyba zleziemy do jego koryta i pójdziemy dalej w dół.. Tak na pewno w koncu trafimy do wsi.
Nagle rzuca się nam w oczy pień ścietego drzewa... i drugi.. Calkiem świeżo.. Musi tu być jakas droga zrywkowa!! Faktycznie- zaraz pojawia się i drwal, i gruzawik, i polana wyrębu.. Drogi nadal nie ma, gruzawik przyjechał korytem potoku- ale wiemy już, ze jestesmy na dobrej drodze :)



Ogolnie patrząc na mape to wyszlismy zupelnie w innym miejscu niż się nam wydawalo, ze powinnismy wyjść.. Chyba nas uniosły jakieś „siły nieczyste” albo „wodzi”nie tylko na bagnach

Do Kołoczawy zmierzamy dolina potoku Hersowec, gdzie chyba mieli niedawno powodz, bo cześć wsi jest odcieta od swiata przez zerwana drogę (nawet zesmy się dziwili, ze nas żadne auto nie mineło )



Na nocleg zatrzymujemy się w „czeskim schronisku”. Obiekt troche przypominający polskie schroniska PTTK. Dostajemy malutki pokoik z oknem wychodzacym na... korytarz.. Nie wiem czy to mialo jakiś ukryty cel czy podczas budowy ktos się naćpał ale efekt ciekawy Cały pokoik obwieszamy ciuchami, które zdążyly już porzadnie zatęchnąć i calośc wypełnia zapach starej, zagrzybiałej piwnicy Prosimy tez bardzo miłą obsluge schroniska aby nam znalezli jakieś miejsce na wysuszenie namiotu. Bardzo się angażuja w ta akcje- rozwazajac kotłownie czy nawet piec w kuchni. Ostatecznie namiot ląduje na przestronnym i przewiewnym balkoniku- gdzie można go po prostu rozbić. Wieczorem robimy sobie rajd po kołoczawskich knajpach- przypada nam do gustu kafe „Zustricz”, w dawnych klimatach i mają tam kibelek z miękkim siedzeniem



Z Kołoczawy, jedziemy przez Miżhirie i Chust do Winogradowa. Po drodze zwraca uwage duza ilosc niedokonczonych, duzych, murowanych domów.. Niektore wygladaja wręcz jak pałace, zostawione w stanie surowym.. Ponoć w latach 90 tych miejscowa ludnosć bardzo się wzbogaciła na handlu z Jugosławią, zaczela zyc ponad stan, potem przypływ gotówki się nagle skonczyl i budowy przerwano.. I często można teraz zobaczyc taki obrazek- drewniana chałupka a obok murowany szkielet służący za stodołe, stajnie, spichlerzyk.. Widziałam dwie kozy na tarasie z kolumnami- ale autobus jechał za szybko, nie zdążylam wyjac aparatu..