Kilka lat temu, nie mając innego noclegu i trochę kasy, zameldowaliśmy się w hotelu "Górskim". Zadowoleni, że w dobrych warunkach, w przyzwoitym lokum, zjemy coś dobrego, wypoczniemy, wykąpiemy się w cywilizowanych warunkach - poszliśmy w góry.
Wczesna wiosna, kapuśniaczek, listki ledwo rozwijające się, wiosenne, czyste powietrze. Trasa Wołosate, przełęcz Bukowska, marzenia o Kinczyku... no i powrót do wspaniałego hotelu Górskiego, pogoda niestety nie dopisała; zimno, mokro i zaczęło się ściemniać.
W "hotelu" popełniliśmy pierwszy błąd - zamiast wykąpać się, sprawdzić instalacje, przebraliśmy suche ciuchy i poszliśmy do hotelowej restauracji posilić się. Już nie wspomnę, że na kelnerkę czekaliśmy około pół godziny...
Następne pół spędziliśmy na obserwacji jakiejś lokalnej bizesłumen przy sąsiednim stoliku, której to pani co raz przynoszono nowe dania i napoje.
Wreszcie dostaliśmy ledwie ciepły barszcz z krokietem, a później - kotlet - koronne danie, bieszczadzki oblany roztopionym żółtym serem, uwieńczone to wszystko ananasem z puszki. Nigdy tego nie zapomnę...
Marzenia o ciepłej kąpieli zakończyły się po odkręceniu kranu prysznica, niestety nie udało się go odkręcić. Pani w recepcji była bezradna.
Z latarką szukaliśmy w samochodzie narzędzi, które mogły uchodzić za hydrauliczne. Niestety nasze wysiłki spełzły na niczym.
Nikogo w hotelu Górskim nie zainteresował nasz problem.
Nie było już sił i chęci do awantur, więc zmarznięci, ze zgagą - poszliśmy spać, i rankiem jak najszybciej opuścić to miejsce, wymazując je z naszej mapy ukochanych Bieszczadów..