W okolicy wsi Borynia zaczęliśmy rozglądać sie za noclegiem. Szaro się robiło a z nieba kapało, więc najchętniej pod dachem. Napotkana przy drodze grupka ludzi nie była jednomyślna. Jeden stwierdził, że nie znajdziemy w pobliżu spania.Drugi, że jest niedaleko stąd, w Wołosiance. To "niedaleko" to byłoby ponad 20 km, w tym podjazd pod przełęcz Użocką. A trzeci powiedział, żeby jechać do Sianek a on na nas będzie czekał przy stacji. No to pojechaliśmy a on wyprzedził nas starym "Golfem". Od stacji w Siankach zostaliśmy "zapilotowani" do gospodarstwa pod lasem, gdzie mieszkał nasz przewodnik. Tam przydzielono nam pokój, poczęstowano kolacją i gorzałką. Na widok wyciąganych śpiworów gospodyni zaprotestowała - mamy to natychmiast schować bo u nich w domu się śpi w pościeli. Dowiedzieliśmy się, że gospodarz, Igor jest elektrykiem kolejowym, na kolei pracuje też jego żona a dziadek był leśniczym w Beniowej.


Składamy śpiwory do worków i ładujemy się pod kołderki.



Następnego dnia zaświeciło słoneczko. Żegnamy się a gospodarze wyjeżdżają do pracy.



My zostajemy na gospodarstwie z małym synkiem, wkrótce i jego żegnamy i w drogę na Zakarpacie.