W pewnym momencie zaczęło się chmurzyć, ciemnieć i pohukiwać. Trzeba było chować się albo zwiewać ze szczytu na dół. Wybraliśmy to drugie. Początkowo po płytach. Jednak nasz skład nie jeździ po płytach, jeśli w okolicy można znaleźć jeszcze gorszą drogę :)
Tak więc, zamiast jechać do Lipowca, skręciliśmy w prawo, na Łumszory. Zjazd był fantastyczny! Dróżka była stroma i kręta, z kamieniami i korzeniami. Deszczyk zalewał okulary, peleryny furkotały na wietrze, oponki łagodnymi ześlizgami sunęły po drodze. I w ten sposób mozolnie zdobywane przez cały dzień tysiąc metrów zostało stracone w 1,5 godziny! O wyjęciu aparatu z sakwy nie pomyśleliśmy. Jesteśmy w Łumszorach.
Legendarne Łumszory, o których słyszałem tyle opowiadań, zrobiły na mnie jak najgorsze wrażenie.
Pierwsze zdziwienie, to turbaza. Zawsze kojarzyłem turbazę w małej wiosce zakarpackiej z chatą lub czymś, co przypomina nasze schroniska. A tu jest murowaniec o pięciu kondygnacjach!
Drugie zdziwienie, to brama na drodze. Droga jest publiczna, obecna na wszystkich mapach, także na CNE i AtoMapie Eu. A brama jest masywna, żelazna, z napisem że teren prywatny i zakaz wjazdu, czyli nie da się wjechać powyżej turbazy (na zdjęciu brama jest na tej drodze, która idzie prosto, aktualnie otwarta).
Uprzedzając ewentualne pytania, przyznaję się od razu, że wodospadów również nie oglądałem.


Odpowiedz z cytatem