W Łumszorach okazało się, że jedziemy już prawie cały dzień, na liczniku jest tylko 20 kilometrów. W poziomie, bo licznik tego w pionie nie pokazuje. Mamy asfalt pod kołami, trzeba trochę nadgonić statystyki – rura w dół! Jedna wioska, druga wioska, deszcz pada, kolejna wioska, deszcz przestał padać, Pereczyn, deszcz leje, ufnasta wioska, a niech se tam leje, kolejna wioska, Małyj Bereznayj, ostatnie zakupy na Ukrainie. Na granicy w Ubli jedziemy przejściem dla samochodów, jakoś nikt nie protestuje. Nagle za granicą skończyły się dziury w asfalcie i rower tak jakoś cicho zaczął się toczyć.
Krótka narada – wracamy do cywilizacji zachodniej, trzeba się umyć i przespać w łóżku. Jedyne miejsce na nocleg, o którym wiemy, to motorest Milka w Ubli. Wygląda całkiem sympatycznie. Na tablicy z menu na dziś widnieje piwo Šariš (i jest to jedyna pozycja w menu, nie licząc małego piwa Šariš). Cena dostępnego pokoju jest jednak taka, że starczyłoby nam funduszy tylko na jedna osobę, o piwie Šariš nie wspominając. A jutro jeszcze jeden dzień na Słowacji. Cóż, znowu będzie namiocik i potoczek. Jedziemy dalej.
A jednak nie spaliśmy w namiocie!
Jak trafiliśmy do państwa Chomańców w Kolonicy, opisałem w dziale "Zakwaterowanie": http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/6763


Odpowiedz z cytatem