Przy tym poziomie wody, jaki był w ostatni weekend, ścieżka byłaby nie tylko nieprzejezdna ale i nieprzechodnia.

Ale Krasiczyn zostawiliśmy za sobą dzień wcześniej, w niedzielę obudzilismy się na sympatycznej polance, stoły aż prosiły aby przy nich usiąść i zjeść śniadanie! Ale nie było czasu, droga daleka przed nami - postanowiliśmy zjeść śniadanie po drodze.

Wędrowaliśmy przez łąki i lasy,



pokonywaliśmy przeszkody wodne



i podziwialiśmy niecodzienne już niestety widoki...



Upał, dziwaczne znakowanie szlaku (kilka razy byliśmy bliscy porzucenia "wyznakowanej" drogi bo łatwiej byłoby po swojemu, ale udaje nam się wytrwać na szlaku), upał!, grząskie lub bagniste grunty, upał!!, chaszcze po szyję i ten upał!!! połączony z duchotą i dużą wilgotnością zaczęły dawać się nam jednak we znaki. Szliśmy wolniej niż norma przewiduje, po ośmiu godzinach wędrówki mieliśmy pokonaną tylko połowę zaplanowanej trasy. Pochłanialiśmy litry wody, jedliśmy tylko z rozsądku bo głód gdzieś zniknął... Jeszcze się rozglądaliśmy, jeszcze się cieszyliśmy rozległymi panoramami:



Aż wreszcie nastąpiła ta chwila: usiedliśmy na poboczu drogi, sprawdziliśmy czas, oceniliśmy nasze siły, oszacowaliśmy ilość wody w plecakach. Nie damy rady do Dynowa, wg mapy zostało jeszcze niecałe 4 godziny ale z naszym tempem w tym upale mogło zająć nam to może 5 a może i 6 godzin. Za długo, ostatni autobus nam ucieknie.

Tylko jak wrócić do cywilizacji? Autobusy w niedzielę po południu po takich przysiółkach nie kursują, do kolei daleko, do naszych samochodów jeszcze dalej... Jak się wydostać z tej wiejskiej sielanki? Postanowiliśmy sprawdzić najbliższy przystanek PKS, może jednak. I wtedy... I WTEDY...