Olu - dokladnie - mysle ze polowa sukcesu lezy w tym, ze trzeba dokladnie spytac sie siebie samego czego sie chce i jakie ma sie oczekiwania. I uwazam, ze raczej trudno jest sie tutaj oszukiwac i wzdychac 'ahhh jak ja chcialabym/lbym mieszkac w Bieszczadach' - takie osoby raczej czulyby sie dobrze, gdyby mogly pomieszkac tutaj jakis czas i miec mozliwosc powrotu do miasta kiedy ma sie na to ochote, a mieszkanie tutaj na stale stanowiloby dla nich jednak zrodlo frustracji i zniechecenia...
Ja znam poruszony temat takze od innej strony. Moja siostra wyjechala z Bieszczad do Warszawy w polowie lat 90-tych bo ona wlasnie zyje miastem i tym co sie w nim dzieje a denerwowala ja malomiasteczkowa duchota. Mimo wszystko jest bardzo rozdarta miedzy miejscem, skad pochodzi a miejscem, gdzie chce mieszkac. Denerwuje ja ten stan zawieszenia i przyznaje, ze czasami zastanawia sie co gdyby jesli mialaby w Bieszczadach dobra prace, czy nic by jej w Warszawie nie trzymalo. Nie potrafi zaryzykowac powrotu bez pewnosci, ze ta prace bedzie miala. Calkowicie ja rozumiem, bo tej gwarancji nikt jej nie zapewni, szczegolnie naszych polskich realiach.
Mysle, ze nie ma co liczyc na cud i jesli chce sie tutaj zostac i czuc sie dobrze (nie mowie o tzw. poczuciu szczescia bo to zupelnie inna historia : ) to trzeba sobie ten stan dobrego samopoczucia stworzyc samemu. najgorsze co mozna zrobic, to popasc w marazm i przyjac wspomnaina przeze mnie roszczeniowa postawe. To pojscie na latwizne, ktore cie jeszcze tak naprawde dobija.