Do centrum Valea Vinului nie doszliśmy, biwakując kilka kilometrów przed wsią. Sen szybko zmorzył całą załogę. Wzburzony po deszczu strumień huczał wystarczająco głośno, by nie słychać było chrapania wybitnych specjalistów w tej dziedzinie.
Rozpoczyna się dzień czwarty. Rano sir Bazyl nie miał dobrego spania. Gdy reszta jeszcze spała, zdążył porozwieszać pranie na sznurku i zapalić ognisko. Po co nam było potrzebne ognisko – nie wiem do tej pory.
Gdy już wszyscy pojedli i się spakowali, nastąpiła ta smutna chwila – teraz będzie kilkanaście kilometrów tuptania drogą do miasteczka Rodna. No cóż, autobusy tu nie jeżdżą, plecaki na plecy i w drogę.
I ruszyliśmy. A wtedy … przyjechała taksówka. A nawet coś więcej! W środku lasu pojawił się czerwony Peugeot 305, sedan, rocznik z przełomu lat 70. i 80. XX w. z przyczepką.
Kierowca w gumiakach i szerokim, skórzanym huculskim pasie. Nie znaliśmy żadnego wspólnego języka, a udało się dogadać.
Przyczepka została opleciona parcianym pasem, żeby burty nie odleciały. Na przyczepkę trafiły plecaki oraz balast. Reszta do wozu. Ale sam zjazd to oddzielny temat. W celu zobrazowania czekamy na efekty pracy ekipy filmowej.


Odpowiedz z cytatem