Potem było już tylko gorzej. Do pohukiwań doszło pobłyskiwanie a do deszczu przyłączył się grad. Radosny klimat uzupełniał wiatr, który porywał peleryny. Zacisznego miejsca w pobliżu nie było, a gdyby nawet było, nikt by go nie odnalazł, bo widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów. Coś łupnęło w grań powyżej. Skuleni w mokrej trawie poniżej grzbietu czekaliśmy, aż przestanie łupać i lać. Z tego kawałka wędrówki zdjęć oczywiście nie ma. Chyba, że ja o czymś nie wiem, bo kucałem z opuszczoną głową i łokciami na kolanach. Gdy przestało lać a zaczęło zwyczajnie padać, podnieśliśmy się z trawy i … I co dalej? Nie pamiętam trybu podejmowania decyzji, ale brzmiała ona: schodzimy na dół. Ale dokąd schodzimy? W tę stronę, w którą cokolwiek widać. A widać było na południe.