Skończyliśmy na tym, że kierowca naszego wozu poszedł do domu. Po pięciu minutach zamiast niego wyszła żona i usiadła za kierownicą. Przysunęła fotel do maksymalnie przodu, oparła łokcie na udach, mocno złapała kierownicę podchwytem od dołu oburącz i śmiało ruszyła w dół. To już tylko 10 kilometrów, może jakoś przeżyjemy :)
Droga była częściowo pokryta drzewami zwalonymi niedawno przez wiatr, ale już przyciętymi i częściowo zepchniętymi do potoku. W Rodnej rozładowanie bagażu i zapłata 50 RON za przejazd. Na ostatnim zdjęciu można zauważyć leżący na przyczepce mój ogólnowojskowy, świerkowy kijek wysokogórski, który przez zapomnienie tam pozostał. Później się okazało, że w bagażniku zostały trzy pary kijków trekingowych.

IMG_4677.JPG . IMG_4678.JPG . IMG_4679.JPG . IMG_4682.JPG . IMG_4682a.JPG