Właśnie o to ich podejrzewaliśmy i tylko dlatego nie zerwaliśmy się skoro świt. Parę godzin później, po śniadanku, zakrzyknęliśmy z całą stanowczością: nie dla nas wyciągi i inne zaprzaństwa! I wyrwawszy z kopyta główną arterią Borszy ruszyliśmy........w poszukiwaniu okazji
, którą można by się dostać bliżej wielkiej góry. Już po chwili napatoczył się pojazd z pracownikami leśnymi, który uniósł nas w dolinę potoku Buhaesco. Nie wiedzieć czemu, kierowca w pewnym momencie wyłączył silnik i powiedział, a raczej pokazał, że dalej już się nie da! Czyżby chodziło mu o niezbyt równo wybrukowaną nawierzchnię drogi? :
alpy1.jpg
Cóż było począć?! Zarzuciliśmy ruksaki na się i pognaliśmy niczym rączy Browar z ciężkim worem – 5 kilometrów na godzinę (he, he – Browcze, to powiedzenie już na stałe zagościło w naszym żargonie turystycznym) z delikatną korektą prędkości, tak minus 3 km/h, żeby z zakrętów nie wypaść i się nie roztrzaskać o zaczajone dookoła drzewa. Jak już doczłapaliśmy do miejsca, w którym należało skręcić w prawo, w odnogę potoku z Wodospadem Orłowicza, to skręciliśmy. A że droga wyraźniejsza, a właściwie jedyna, prowadziła w drugie prawo, toteż wybraliśmy tenże wariant. Oczywiście od pewnego momentu, na szerokim i wartkim potoku, nie było już żadnych mostów, mostków czy choćby barierek, co omalże nie doprowadziło nas do rezygnacji z wycieczki, bo przecież prawdziwy turysta nie po to kupuje full-wypas-cud-goretex-trekking-mountain buty na bieszczady i inne góry, żeby je raz za razem ściągać i włazić w zimną (brrrr) i mokrą wodę kolan sięgającą. Część uczestników wycieczki wykazywała skrajną nieodpowiedzialność i właziła na bosaka do potoku narażając się na poślizgnięcie i wywrotkę bądź obicie palców stóp o podwodne kamole. Wstrząsnęło mną to dogłębnie i zaraz po powrocie wysmarowałem pismo do Papieża, Prezydenta i innych możnowładców z apelem i prośbą o doprowadzenie biegnącej w głąb gór drogi do stanu zunifikowanego, bo to po prostu strach się bać co się przydarzyć może, jak tak się łazi bez farbą oszlajanych drzew i skał oraz potokami bez mostków! Zgroza! A jak się komuś takie gór papranie nie podoba, to won na Ukrainę (ups, przecież tam już też „prawdziwi turyści” z obcych państw, czyli RP i Czech już spaprali, co było do spaprania - a co - u siebie już za gęsto to zawsze można u innych coś zepsuć) albo nawet do Patagonii, czy na księżyc!
Wróćmy jednak na ziemię i bliskie jej tematy, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii butów. Ja szedłem w lekkich sandałkach i w związku z tym chciałbym ostrzec innych lekkomyślnych turystów o pewnych niedogodnościach związanych z używaniem tego typu nieprofesjonalnego obuwia. Mianowicie sandały składają się oprócz podeszwy, głównie z otworów dookolnych, które przemakają!!!
Wracam do meritum, bo jeszcze Modzi pomyślą, że się nowy zakapior ulągł i wytną mi posta.
Potoki pokonywaliśmy więc na różne sposoby:
alpy2.jpg
alpy3.jpg
Po chwili dotarliśmy do sporego wodospadu, na mapie, tej węgierskiej w ogóle nie oznaczonego:
alpy4.jpg
Ta mapa to całkiem odrębny temat. Niby skala odpowiednia, rysunek czytelny, ale naniesiona treść to po prostu porażka (jak na skalę w jakiej została wydana).



Odpowiedz z cytatem