Przeszkodą w podejściu na szczyt były arcykrzaki. Osnowę stanowiły kilkuletnie, półsuche tarniny z kolcami wielkimi jak gwoździe. Przeplecione były tarninami świeżymi, z kolcami ostrymi, jak igły. To wszystko powiązane dodatkowo wielometrowymi pędami jeżyn. W końcu udało się wdrapać na szczyt. Jak to często bywa w takich przypadkach, nie ma 100% pewności, że to akurat był szczyt. Ale demokratycznie ustaliliśmy, że był. Obok było wprawdzie nieco wyżej, ale tutaj był kawałek niezakrzaczonego miejsca, gdzie dało się usiąść.
Jeśli się wyszło na Giewont, to i zejść się dało. Po wyrwaniu się z uścisków krzaczych spojrzenie za siebie - to przecież taka mała i sympatyczna górka.
A na mapie wyglądało to tak:


Odpowiedz z cytatem