Faktycznie może zbyt rygorystycznie i personalnie podszedłem do zagadnienia uznając,że mój sposób jazdy (a ja lubię się po prostu ujechać) jest tym do którego należy się odnieść. I przez ten pryzmat oceniłem pokonanie 200km i ono w żaden sposób nie składa mi się do kupy z powodów wymienionych wcześniej. Przy okazji zdeprecjonowałem preferencje i osiągnięcia innych , niesłusznie uznając ich '' turystyczną'' jazdę za niegodną uwagi. Zwracam honor jeżeli kogoś uraziłem.12-20 godzin na rowerze... jednak bym się nie zdecydował na tą odmianę kolarstwa(przynajmniej na razie). Ale w końcu każdy ma prawo decydować o swym siedzeniu . A swoją drogą, jak ktoś wsiadający na rower sporadycznie czuje się po takiej długiej jeździe dnia następnego? Ma jeszcze ochotę spojrzeć na rower? Wiem,wiem siodełko siedełku nie równe ale tyłek musi się jednak do każdego przyzwyczaić a po takiej dawce to może pozostać uraz zarówno fizyczny jak i psychiczny. Dlatego chętnie dowiem się jak radzą sobie z tym problemem długodystansowcy.
A wracając do meritum to fakty niezaprzeczalnie wskazują na to,że można przejechać 200km na rowerze bez pomocy z zewnątrz. Ja póki zdrowie pozwoli pozostanę jednak przy swoim sposobie jazdy,który tychże 200 km nie pozwoli mi pokonać. Jak wspomniałem jedyne co zabieram jadąc to dwa bidony,batonik,żel (czasem po dwa-zależy od pogody-jak zimno mniej płynów a więcej kalorii).Nie wożę żadnych kluczy ani pompki.Telefon zabieram sporadycznie. W razie awarii,cóż jest mały problem,ale póki co w lesie na noc nie zostałem.
Zachęcam w miarę możliwości do spróbowania takiej zabawy w rower jaką ja preferuję. 60-70 km nie brzmi tak jak 200,ale frajda z ujechania się na maxa bezcenna. Trzeba korzystać,bo z wiekiem wydolność organizmu do ekstremalnego wysiłku spada.