Jestem codziennym użytkownikiem roweru. Robię jakieś czterdzieści kilometrów. Awarje zdażają się średnio dwa razy w miesiącu. Najcześciej łapię gumę. Ale był zerwany łańcuch, połamane szprychy. Lubię jeździć dla przyjemności. Nigdy się nie ścigałem, ani nie jechałem dla zrobienia jak największej liczby kilometrów. Mnie to nie bawi. Myślałem, że przejechanie 20 kilometrów to pryszcz. Tydzień temu wybrałem się na przejażdżkę w miejsce mego urodzenia. I złapałem zadyszkę po 5 kilometrach. Okazało się że czterdziestolatkowi o wadze 110 kg jazda po płaskim idzie bez problemu. Wystarczy kilka podjazdów w górę i na dół i zaczyna brakować powietrza w płucach. Tak więc Koledzy, jestem pełen podziwu dla Waszych rajdów po Bieszczadach. I jeszcze 200 km? Ja w góry rowerem nie pojadę, skoro pokonało mnie Nadbużańskie Podlasie.