Minęło zdecydowanie za dużo czasu, a ja nadal nie opisałem trzeciego dnia naszej wycieczki Dnia, na który tak naprawdę czekałem, dnia dla którego zorganizowałem i ten wyjazd. Otóż.... trzeciego dnia przejechaliśmy prawie całą dolinę Białego Czeremoszu. Biały Czeremosz łączy się z rzek Perkalaba oraz Sarata, my rozpoczęliśmy ok 10km poniżej tego połączenia i jechaliśmy wzdłuż niego dobre 50km aż do połączenia z Czarnym Czeremoszem w Uścierykach (Usteriki) - przy Czarnym Moście. Na to czekałem...
Nocowaliśmy parę kilometrów powyżej Niżnego Jałowca w wiacie:
Po dotarciu z samego ranka do Jałowca
uderzyliśmy jeszcze do miejscowej atrakcji - Górskiego Oka, jeziora pochodzenia takiego jak Jeziorka Duszatyńskie. Przepiękne miejsce, ale wjechać na rowerze tam nie daliśmy rady.
Niżny Jałowiec to dla mnie miejsce magiczne, odległe jedynie o 15km od Perkalabu gdzie końćzyliśmy z Michałem półtora roku wcześniej naszą trasę narciarską "Ku Hnitessie:, gdzie ok 10km pokonaliśmy na saniach zaprzężonych w konie, jedynym sensownym wtedy środkiem transportu.
Zaraz poniżej Niżnego Jałowca
w stronę Hołoszyny nie mieliśmy pojęcia jak będzie wyglądać nasza droga - jeszcze rok wcześniej dało się ten odcinek przejechać jedynie Uralem czy Ziłem. Pośrodku rzeki Biały Czeremosz. Teraz na nasze szczęśćie okazało się że na wyyyysooookiej skarpie zbudowano nową drogę szutrową - wycięto w zboczu i na lajciku przejechaliśmy tamże.
Tego dnia mieliśmy do zrobienia przynajmniej 90-100km (ostatecznie zrobiliśmy dużo więcej, ale o tym za chwilę). Droga wzdłuż Białego Czeremoszu to szutrówka pokryta jednakże dość gęsto małymi kamieniami, co spowodowało że dupsko nam wytrzęsło tego dnia niesamowicie...
Trudno, naprawdę trudno mi opowiadać o tej drodze, ale to był dzień w trakcie którego zrealizowało się jedno z moich największych marzeń rowerowych i jadąc w dół rzeki nie wierzyłem własnemu szczęściu, otoczony górami, obok szumiał Biały Czeremosz, kąpałem się w nim dla ochłodzenia etc. Piękna sprawa.
W którejś wiosce w barze zjedliśmy porządną zupę, uzupełniliśmy płyny - oranżadę tzw. Żywczyk jabłkowy - pysznota.
Trafiliśmy też do Hryniawy zbaczając parę kilometrów z drogi, gdzie pół roku wcześniej zaczynaliśmy wędrówkę narciarską w Hryniawy. Naprawiano tam właśnie cerkiew:
oraz nowy most:
W okolicach Jabłonicy trafiliśmy na jedną z budowanych elektrowni wodnych w Karpatach - w pewnym momencie Biały Czeremosz przestał mocno szumieć i nie wiedziałem co jest grane. Gdy dojechaliśmy do Jabłunicy wszystko było jasne
Otóż - parę kilometrów woda Czeremoszu płynęła wielkimi rurami i potem wypływała w generatorze - elektrowni prądu. Szok, że władze ukraińśkie chcą tych elektrowni zbudować KILKASET(!!!) w Karpatach.
Po dotarciu do czarnego mostu w Uścierykach
Mieliśmy prawie godzinny reścik przy miejscowym sklepie. Później mieliśmy do wyboru jechać drogą powiatową prosto w kierunku Werchowyny asfaltem a potem już tylko 35km przez Przełęcz Kriwopilje do Worochty. Albo... albo pojechać przez Krasnoilję, Zamahorę seło Magurka przy Werchowynie i dalej dopiero reścik. Żeby nie było, rzuciliśmy monetą :):):)
No i pognaliśmy powoli w górę - na jedną z piękniejszych przełęczy tego wyjazdu.
Po drodze swojskie klimaty:
Kosmos na przełęczy pomiędzy Zamahorą i Magurką:
Potem hardkor zjazd po kamieniach(niby droga, ale kamienie w pień) do Werchowyny, dalej już asfaltem 35km do Werchowyny. Poprzez Ilcję, gdzie widzimy Smotreca, wjeżdżamy na przełęcz Kriwopilje już po ciemku, zjazd w dół normalnie byłby mega atrakcją - tym razem bez porządnego światła, praktycznie tylko przy świetle księżyca zjeżdżamy powoli i czujnie. Do Worochty dojeżdżamy ok 22.30, kupujemy piwo :) idziemy do ostatniego czynnego baru gdzie wydajemy resztkę kasy na pierogi a potem lądujemy na dworcu w poczekalni.
Tego dnia zrobiliśmy 120(!) km.
Tam kimamy do ok 2 w nocy gdy wsiadamy w pociąg relacji Rachów - Lwów. Rowery składamy ponownie w plandekę/folię po odczepieniu jednego koła.
Po dojeździe do Lwowa pakuję się raz dwa do marszrutki pod dworcem - rower nadal zapakowany w plandece, nie ma żadnego problemu. Jest niedziela rano a mi się śpieszy na ok 13 do Przemyśla na pociąg. Marszrutka jedzie tylko do Mostisk, nie wiem czy pojedzie czy nie pojedzie marszrutka do Szehyni, więc na szybko montuję z powrotem rower, kupuję herbatniki, sok i praktycznie na głodniaka zapodaję 30km do PRzemyśla (granica w 15min) w 1,5h - mam stresa czasowego że hej. Docieram 40min przed odjazdem pociągu, kupuję bilet, obiad na wynos w knajpce przy pks i składam rower w plandekę - przedział cały dla mnie. Jestem wykończony. Ale jeszcze tylko długie godziny i wieczorem ląduję w Poznaniu. Ponownie składam rower i jadę do domu. Wyjazd skońćzony. Bardzo bardzo udany.
Wydałem może jakieś 300zł, na trasie to chyba najwięcej na różne soki oranżady etc - jednak wciągaliśmy to w ilościach hurtowych.
Bardzo polecam Bukowinę i Huculszczyznę na jazdę rowerową, ale akurat tą trasę polecam raczej na mtb, minimalne obciążenie, minimalistyczne pakowanie(ja byłem zapakowany w plecaczek 27l na 3 dni jeżdżenia) i dużo hartu ducha. Nie polecam na trekkach, jednak pomimo że niby szutry etc to zjazdy często były na maksa kamieniste, nic przyjemnego. Normalnie dupa za siodełko, uda trzymające mocno siodełko i uda łydek drżące od wysiłku.
Czasem się zatrzymywaliśmy na zjazdach dla odpoczynku.
Razem zrobiliśmy w 3 dni ok 260-270km plus moje dojazdy okołograniczne 55km.
DZiękuję za uwagę, w razie pytań... zapraszam do zadawania. Sorry że tak długo.
Pete























Odpowiedz z cytatem