Strona 2 z 5 PierwszyPierwszy 1 2 3 4 5 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 11 do 20 z 49

Wątek: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńca

Mieszany widok

  1. #1
    Forumowicz Roku 2012
    Forumowicz Roku 2011
    Forumowicz Roku 2010
    Awatar don Enrico
    Na forum od
    05.2009
    Rodem z
    Rzeszów
    Postów
    5,264

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    Luki :
    Oczywiście jak każdy człowiek jestem jednak omylny, więc wszelkie uwagi chętnie przyjmę .
    Nie chodzi tu o uwagi ani o nieomylność.
    Nasze dopiski mówią, że czytamy Twoją relację z ciekawością i wnikliwością i wtrącamy luźne spostrzeżenia-skojarzenia.
    Jeśli sobie tego nie życzysz to powinieneś to zaznaczyć na początku wątku i myślę że każdy będzie się starał uszanować to.

  2. #2
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    Cytat Zamieszczone przez don Enrico Zobacz posta


    Jeśli sobie tego nie życzysz to powinieneś to zaznaczyć na początku wątku i myślę że każdy będzie się starał uszanować to.
    Oj życzę sobie, życzę . Dzięki temu widzę, jak dużo osób faktycznie przeczytało to , co napisałem ze zrozumieniem, co mnie bardzo cieszy!

  3. #3
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    DSCN1400.jpgDSCN1401.jpgDSCN1414.jpgDSCN1415.jpgDSCN1419.jpgDSCN1421.jpgDSCN1424.jpgDSCN1426.jpgDSCN1453.jpgDSCN1457.jpg
    Dzień 3:
    Wstajemy wcześnie rano i pokrzepieni śniadankiem (produkty jeszcze z Polski) ruszamy w trasę. Pogoda jest cudna.
    Chociaż teoretycznie żółty szlak prowadzący na Pikuja biegnie z "centrum" Żdeniowej doliną potoku Koczyłów, to my wybieramy jednak nieoznakowaną trasę przez wioskę Szerbowiec - po pierwsze taka miejscowość "przyczepiona" do południowych zboczy Pikuja wydaje się być ciekawie położoną, po drugie - trasa ta w porównaniu ze szlakiem wiodącym wg. mapy cały czas lasem będzie pewnie zdecydowanie bardziej widokowa. Jak się później okaże nie myliliśmy się.
    Ruszamy więc najpierw drogą asfaltową przez Zbyny. Wstępując do sklepu po mineralną natykam się na pierwszy "ciekawy" widoczek tego dnia - babcia prowadząca krowy na pastwisko zachodzi tu na szklaneczkę gorzałki, którą sklepowa nalewa jej wprost z jednej z butelek stojących na ladzie ). Za Zbynami przez mostek skręcamy w prawo na drogę do Szerbowca - początkowo jeszcze asfaltową, a po chwili już kamienisto - szutrową. Droga łagodnie wije się najpierw przez las dolinką, by po pewnym czasie wprowadzić między pierwsze zabudowania Szerbowca. Jak piękną (i pięknie położoną) jest ta wioska przekonujemy się już po chwili. Ma ona w większości tradycyjną zabudowę drewnianą , charakterystyczne dla Zakarpacia (a spotykane także np. w rumuńskim Maramureszu) czterospadowe dachy kryte gontem, a całe domostwa i obejścia skąpane są w kwiatach. Słowem - bajka. Po minięciu ostatnich zabudowań dochodzimy do potoku, przed którym skręcamy w lewo wyraźną drogą przez pola i kośne łąki. Przed samą granicą lasu robimy sobie krótką przerwę, podziwiając widoki na Poł. Równą, Ostrą Horę i pozostawiony w dole Szerbowiec.
    Wchodzimy w las. Ścieżka staje się teraz bardzo stroma. I tu ciekawostka - na jednym z drzew widzimy oznaczenie żółtego szlaku! ( po drodze będzie ono widoczne jeszcze w kilku miejscach). Z mapy Krukara wynikało, tak jak wspominałem wcześniej, że żółty szlak wiedzie nieco dalej na południowy-wschód, a tu taka niespodzianka! No chyba, że tamten żółty szlak zaznaczony jest na mapie prawidłowo, a tu jest jakiś jego drugi (nie uwzględniony na mapie) wariant (jakoś na Ukrainie lubują się w żółtych szlakach, zdaje się, że na sam Pikuj z różnych miejscowości prowadzą aż cztery różne jego warianty ).
    Ścieżka jest na tyle stroma i męcząca ( wszak to ze Żdeniowej prawie 1000 metrów różnicy wzniesień), że kilka razy padam z nóg. Asia jednak podtrzymuje mnie na duchu i przynosi, na pokrzepienie, licznie tu rosnące jeżyny i jagody. Po pewnym czasie dochodzimy do małego źródełka, co skwapliwie wykrzystuję uzupełniając zapasy wody. Za źródełkiem ścieżka zanika, tzn. ginie prawie całkowicie ta prowadząca na połoninę, natomiast ta "główna" prowadzi dalej na wprost przez potok i w dół - no, ale nam nie tędy droga, decydujemy się więc ruszyć prosto pod górę przez rzedniejący las. Tuż przy górnej granicy lasu mijamy jakieś porozrzucane pióra i strzępki owczej wełny. Asia pyta mnie co to jest, a ja już miałem jej odpowiedzieć, że to pewnie ślady walki z niedżwiedziem, kiedy ugryzłem się w język, myśląc, że lepiej nie kusić losu i nie wywoływać jednocześnie paniki u żony . Połoninę trawersujemy w stronę widocznego już doskonale szczytu Pikuja najpierw niepozorną ścieżynką, potem po jej zaniknięciu już prosto pod górę. W pewnym momencie zauważamy idących grzbietem ludzi - z tej odległości jeszcze nie rozpoznaję, czy to turyści, czy miejscowi zbieracze jagód. Asia wskazuje na nich mówiąc: - "popatrz, człowiek!", na co ja odpowiadam -"e tam człowiek, pewnie jakiś tutejszy" (dla niewtajemniczonych to cytat z filmu "Sami Swoi" - kiedy wjeżdżając na ziemie odzyskane Pawlakowie zobaczyli kogoś krzątajacego się przy obejściu).
    Kiedy wdrapaliśmy się na grzbiet okazało się jednak, że to turyści i do tego oczywiście z Polski. Po krótkiej wymianie zdań zorientowałem się także, że mój rozmówca to Joorg, nie znany mi dotąd co prawda osobiście, ale znany oczywiście z niniejszego forum, gdzi m in. jego relacje jakże często czytywałem. Wraz z Joorgiem i jego kolegą Bogdanem wdrapaliśmy się wkrótce na szczyt, gdzie zastalismy już siedzącego i odpoczywającego kolejnego Polaka - chłopaka, który samotnie przemierza Karpaty Wschodnie wędrując dawną polską granicą.
    Co prawda nad Pikujem wisiały niewesołe ciemne chmury, ale nie przeszkadzały one w podziwianiu widoków, które z tego miejsca są na prawdę piękne. W oddali na południowym- wschodzie majaczyła Borżawa, a na lewo od niej rysowały się nawet odległe szczyty Gorganów.
    Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć ruszamy na dół i pod szczytem robimy sobie przerwę śniadaniową. Okazuje się, że Joorg wraz z kolegą wędrują tam gdzie my to mieliśmy w planach - czyli do Bukowca. Postanawiamy więc pójść razem z nimi, tym bardziej, że nie uśmiecha mi się szukanie ściezki gdzieś w lesie poniżej Ruskiego Putu, skąd miałem zaplanowane zejście z głównego grzbietu.
    Po krótkiej przerwie ruszamy - przed nami widoki przepyszne - Połoniny Szerdowska i Bukowska, za nimi Nondag i Ostry Wierch, a na horyzoncie majaczą nawet sylwetki polskich Bieszczadów.
    Po drodze spotykamy jagodziarzy - okazuje się, że u jednego z nich pod domem Joorg zostawił samochód. Decydują się wracać razem z nami i prowadzą nas skrótem do Bukowca schodząc z połoniny koło szczytu Nondagu.
    Po drodze daje się we znaki zmęczenie - musimy gonić jagodziarzy i wędrujacych przed nami Joorga z Bogdanem.
    Już w Bukowcu okazuje się, że samochód naszych towarzyszy ze szlaku został zostawiony w gospodarstwie u przesympatycznych ludzi - częstują nas zaraz kawą i zapraszają do domu. My jednak wolimy spokojnie wysuszyć się na dworze podziwiając przy okazji jak pięknie, wśród zieleni położone są domostwa w tej miejscowości.
    Po zapakowaniu auta Joorg z Bogdanem zaprasza nas do środka i podwożą nas do Żdeniowej (dzięki!). W samochodzie wywiązuje się m in. dyskusja na temat tureckiego pochodzenia nazwy góry Nondag, której to dyskusji reminiscencje mieliście możliwość śledzić na forum w wątku "Pikuj pierwszy raz".
    Wysiadamy w Żdeniowej i udajemy się od razu na obiado-kolację do knajpki w pensjonacie "Żdy-na-Ewo". Poznaje nas Jurij i od razu przysiada się, pytając jak było. Pokazujemy mu w aparacie zdjęcia, Jurij opowiada nam o Szerbowcu, o tym, że jeden z domków widocznych na fotce (odnowiona drewnina chata) należy do jakiejś kobiety ze Lwowa. Asia pyta go, czy "nowi Ruscy" wypoczywający w tutejszym pensjonacie też chodzą po górach - odpowiada, że "na stu może pięciu" i macha z rezygnacją reką. Przysiada się do nas szef całego tego ośrodka, który o dziwo także nas dziś rozpoznaje (szczerze mówiąc wczoraj nie widzieliśmy go wcale) i opowiada o swoich kontaktach w Polsce, że tam lepiej "biznes diełać, a tu straszno" itp. Wykorzystując okazję dopytuję Jurija, o której jedzie poranny autobus do Wołowca (następnego dnia mamy w planach zdobycie Stoja w Borżawie) - co prawda sprawdzałem przed wyjazdem na bus.com.ua, że jest to 7.45, ale wolę upewnić się na miejscu. Jurij chwilę drapie się po głowie i odpowiada, że ok 6.30. Ja na to - "jak to, przecież sprawdzałem w rozkładzie, niemożliwe, żeby się aż tak bardzo ta godzina różniła", na co z kolei Jurij, że rozkład podany jest pewnie wg. czasu kijowskiego, a oni tu, na Zakarpaciu operują czasm miejscowym (czyli tożsamym z polskim). Tak czy siak następnego dnia postanawiamy wstać nieco wcześniej. Po koacji żegnamy się z Jurijem i "właścicielem" - tradycyjnie życzą nam "szczastia" i wracamy na nocleg do naszej turbazy.

    c.d.n.

    P.S.
    Zdjęcia po kolei to:
    1) cerkiew w Zbynach...
    2) ...a przed nami połoniny!
    3) jeden z domów w Szerbowcu
    4) odpoczynek na łące - przed nami Pikuj...
    5) ... za nami Szerbowiec...
    6) ...i do tego piękny widok na Ostrą Horę i Połoninę Równą
    7) już na połoninie - Pikuj niedaleko
    8 ) na szczycie - reklama wody mineralnej
    9) przed zejściem w doliny - widok na grzbiet Bieszczadów Wschodnich - Nondag, za nim Ostry Wierch, na lewo Wielki Wierch, a w tle polskie Biesy
    10) w zagrodzie u przesympatycznych ludzi w Bukowcu - na podwórku traktor "Mercedes" .

    Ostatnio edytowane przez luki_ ; 07-09-2011 o 13:28

  4. #4
    Kronikarz Roku 2011 Awatar buba
    Na forum od
    02.2006
    Rodem z
    Oława
    Postów
    3,646

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    no wreszcie sie zebralam do przeczytania relacji

    Podziwiam cie za dokladne przygotowanie sie do wyprawy- w porownaniu z toba to ja jade zawsze totalnie "w ciemno"

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [Wstępując do sklepu po mineralną natykam się na pierwszy "ciekawy" widoczek tego dnia - babcia prowadząca krowy na pastwisko zachodzi tu na szklaneczkę gorzałki, którą sklepowa nalewa jej wprost z jednej z butelek stojących na ladzie )
    no to mieliscie cos na poprawe humoru po poprzednim dniu i spotkaniami z plotami noworuskich

    i co, poprzestaliscie na mineralnej czy tez skusiliscie sie na horiłke?


    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [Po krótkiej wymianie zdań zorientowałem się także, że mój rozmówca to Joorg, nie znany mi dotąd co prawda osobiście, ale znany oczywiście z niniejszego forum,]
    ale fajne musialo byc spotkanie!!!

    cos w tym jest ze ostatnio jak sie wpada na jakiegos polaka w karpatach to sie zaraz okazuje ze to znajomy z jakiegos forum- przynajmniej ja tam mam

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [Po drodze daje się we znaki zmęczenie - musimy gonić jagodziarzy
    nooo, jagodziarze- oni to maja kondyche! wiele razy slyszalam ze nieraz turystom nie udalo sie dotrzymac im kroku. Dwie pelne bańki 10 l w rece i heja do przodu

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [W kasie dowiaduję się, że bilety sprzedają dopiero, kiedy okaże się, ze autobus, którym mamy jechać dotrze na przystanek
    niestety nie wszedzie tak jest... na polesiu sprzedaja bilety wczesniej.. i potem sa takie sytuacje ze my zostajemy z biletami w rece a "autobus połamałsia" 50 km dalej i babki w kasie musza drukowac jakies anulacje biletow, rozkrecac swoje kasy fiskalne ktore zyja wlasnym zyciem i drukowac kolejne bilety na inny autobus. Te karpackie kasjerki widac lubia sobie oszczedzic niepotrzebnej pracy


    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [Na dole w pensjonacie zostały moje nieprzemakalne spodnie - oczywiście akurat tego dnia nie wziąłem ich ze sobą.
    zabieranie na wyprawe nieprzemakalnych, rybackich spodni gwarantuje dobra pogode- sprawdzilam juz kilka razy!

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [Jeśli mam już jakiś wybór, to szcerze mówiąc wolę na Ukrainie kierowców starych Ład - są zazwyczaj sympatyczni, można z nimi pogadać, no i nie cackają się ze swoim samochodem na wyboistych drogach tak jak ci kolesie z "Audi
    ta zasada dziala chyba wszedzie, i w polsce, i na ukrainie... im bardziej stare i zdezelowane auto tym sympatyczniejszy, bardziej zyczliwy i chetny do pogadania kierowca!

    i czesto taki z łady podwiezie za darmo...
    Ostatnio edytowane przez buba ; 29-09-2011 o 21:06
    "ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "

    na wiecznych wagarach od życia...

  5. #5
    Kronikarz Roku 2011 Awatar buba
    Na forum od
    02.2006
    Rodem z
    Oława
    Postów
    3,646

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [Coś takiego widziałem pierwszy raz na Krymie podczas mojego pierwszego pobytu tam w 1991 roku."
    ale bym sobie poczytala relacje z krymu z tamtych lat!! ciekawe jak tam wtedy bylo.. Moja noga postawila sie na ukrainie dopiero 6 lat pozniej, a wrazenie i tak sa niezatarte z tych poczatkowych pobytow! zatem wnioskuje ze niesamowity musial byc ten wyjazd na krym sprzed 20 lat! masz moze jakies fotki?

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [9) Lenin (a może Dzierżyński?) na szlaku
    chyba lenin? bo podobnie jak na pomnikach trzyma chyba jakas czapke w rece

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    [W trakcie jazdy do naszego tylnego rzędu dosiada się jeszcze jedna osoba - jakaś młoda dziewczyna, która zapewne dojeżdża do pracy. Ponieważ nasza dawna sąsiadka ma za chwilę wysiadać, mówi do tej dziewczyny, że my "z Polszy, ale rozmawiamy po rosyjsku", prosi ją więc, żeby wskazała nam, kedy będziemy musieli wysiadać. Dziewczyna wzrusza ramionami w geście "a co mnie to obchodzi". [/SIZE]
    taaaaaa... nie wiem czemu tak jest ze starsi sa mili, chetni do pomocy i nawiazania kontaktu a mlodzi maja wszystko w d... :(

    Cytat Zamieszczone przez luki_ Zobacz posta
    ["a nie, tam toże bardak!". Nie mogę się powstrzymać i odwracając głowę wybucham pod nosem śmiechem .Dawno już nie słyszałem tego słowa ("bardak"), które jako rusycyzm jest w Polsce używane w niektórych stronach, a mnie osobiście bardzo się podoba, chyba ze względu na swoją dosadność i taki wschodni wydźwięk (od tego momentu już do końca wyjazdu, na każdy zobaczony taki "swojsko-ukraiński" bałaganek mówiliśmy "tu toże bardak").
    (..) to przypomina okolice naszej zapory w Solinie, ale w bardziej wschodnim "bardakowatym" wydaniu ).
    chyba tez polubie to slowo ma w sobie cos takiego fajnego, swojskiego i przyjaznego
    Ostatnio edytowane przez buba ; 29-09-2011 o 21:40
    "ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "

    na wiecznych wagarach od życia...

  6. #6
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    Droga Bubo!
    Po pierwsze dzięki za wnikliwe zainteresowanie tematem naszych wojaży . Postaram się wiec odpowiedzieć chociaż na niektóre z Twoich pytań:

    Cytat Zamieszczone przez buba Zobacz posta
    Podziwiam cie za dokladne przygotowanie sie do wyprawy- w porownaniu z toba to ja jade zawsze totalnie "w ciemno"

    Co do przygotowań, to bym tak nie przesadzał:
    -po pierwsze: ponieważ interesuję się tematyką wschodniokrpacką, po prostu często czytuję sobie o tamtych stronach lub godzinami potrafię oglądać mapy i to wcale nie w jakimś określonym celu, takie mam po prostu hobby ... . Po drugie co do naszej marszruty, to praktycznie cały czas były jakieś odstępstwa od "planu" - w zasadzie pierwotnie zakładałem, że ruszymy z Sianek, ale tu trzeba by było poświęcić dodatkowy dzień dla zdobycia Pikuja, a ponieważ mieliśmy w zamiarze dotarcie do jeszcze wielu miejsc i nawet Odessy , to już w pociągu stwierdziłem, że odpuszczamy sobie te Sianki, żeby zostawić sobie coś na przyszłość i jeszcze móc tam wrócić... . Tak samo pierwotnie planowaliśmy przejście grzbietem Poł. Krasnej do Ust - Czornej i dalej przedzieranie się np. do Rafajłowej, ale kiedy już w Kołoczawie zobaczyłem fotki słonych jezior stwierdziliśmy, że nie możemy sobie tego odpuścić. Zdobycia Howerli też w sumie nie planowałem, ale jak już znaleźlismy się w Jasini, to trudno było sobie ten "rarytas" podarować.

    Cytat Zamieszczone przez buba Zobacz posta
    i co, poprzestaliscie na mineralnej czy tez skusiliscie sie na horiłke?

    Poprzestaliśmy na mineralnej, horiłkę to po dotarciu do celu ( w górach, a przynajmniej wtedy, kiedy na serio chodzimy po nich takie atrakcje zostawiam sobie na wieczór ).

    Cytat Zamieszczone przez buba Zobacz posta
    ale fajne musialo byc spotkanie!!!
    Noo, spotkanie było fajne, zwłaszcza Joorgu wydawał się być zaskoczony - po pierwsze tym, kiedy zobaczył, że nagle, prosto pod górę po połoninie, gdzie nie ma żadnej ścieżki, wychodzi na niego dwójka ludzi, a po drugie gdy dowiedział się, że jeszcze jest przez tych osobników znany i czytany .

    Cytat Zamieszczone przez buba Zobacz posta
    ta zasada dziala chyba wszedzie, i w polsce, i na ukrainie... im bardziej stare i zdezelowane auto tym sympatyczniejszy, bardziej zyczliwy i chetny do pogadania kierowca!

    i czesto taki z łady podwiezie za darmo...
    Co do kierowców na Ukrainie, to przyzwyczailiśmy się, że tamtejsi kierowcy po prostu chcą (lub muszą) w ten sposób dorobić. Zazwyczaj nie brali wygórowanych kwot - dla nas było to niewiele, a dla nich - zawsze jakieś tam zasilenie skromnego budżetu. Inaczej było w Rumunii - tam łapanie stopa zajmowało nam kilka sekund (aczkolwiek tylko dwa razy byliśmy do tego zmuszeni, pewnie bywa też inaczej) i oczywiście kierowcy wzbraniali się przed przyjęciem pieniędzy, najwyraźniej za zaszczyt poczytując sobie, że turyści aż z Polski zechcieli się tam fatygować...

    Cytat Zamieszczone przez buba Zobacz posta
    ale bym sobie poczytala relacje z krymu z tamtych lat!! ciekawe jak tam wtedy bylo.. Moja noga postawila sie na ukrainie dopiero 6 lat pozniej, a wrazenie i tak sa niezatarte z tych poczatkowych pobytow! zatem wnioskuje ze niesamowity musial byc ten wyjazd na krym sprzed 20 lat! masz moze jakies fotki?
    W zasadzie w tamtych czasach byłem na Krymie dwukronie, dwa lata z rzędu - najprawdopodobniej były to lata 1991 i 1992, ale już nie dam sobie ręki uciąć, czy nie było to o rok później..., ale chyba raczej nie, bo pamiętam, że za pierwszym razem (a był to przełom sierpnia i września) Ukraina była zdaje się świeżo po deklaracji niepodległości i zaczynały tam funkcjonować obok rubli, także lokalne pieniądze - wtedy nazywały się "karbowańce".
    Cóż, te dwa Krymy to też osobne historie, tyle, że po upływie tylu lat już nie tak dużo pamiętam. W każdym razie pierwszy raz byłem jeszcze z rodzicami, a drugi raz tylko z siostrą. Z rodzicami - w Eupatorii (tam to właśnie nad brzegiem słonego jeziorka występowały lecznicze błota, takie same jak na Zakarpaciu), a z siostrą - w Ałuszcie (wtedy też zdobyliśmy kilka szczytów w Górach Krymskich - m in. Dermedży i Czatyrdah).
    Te wyjazdy były "zorganizowane" - w każdym razie wyglądało to tak, że jechało się pociągiem do Brześcia n/Bugiem, z wykupionym biletem do Białej Podlaskiej. Tam wsiadała pilotka i chodząc po przedziałach z pytaniem: "czy tu ktoś z państwa jedzie z biurem X na Krym?" wręczała bilety na dalszy odcinek. W Brześciu jechaliśmy na lotnisko, gdzie miał czekać wyczarterowany samolot - teraz trudno w to uwierzyć, ale były to czasy największej zapaści już odchodzącego w przeszłość Związku Radzieckiego, więc brakowało absolutnie wszystkiego, m in. paliwa lotniczego, które (ponoć) piloci (!) naszego wyczarterowanego samolotu musieli kupować na czarno za dolary od wojska - i wcale nie było takie oczywiste, czy polecimy, czy nie ( w końcu z opóźnieniem jedank udało nam się z Brześcia odlecieć). Z kolei w drodze powrotnej pamiętam, jak na lotnisku w Symferopolu natknęliśmy się na taki widoczek: w kolejce do odprawy do samolotu ludzie tratowali siebie nawzajem, górą, nad głowami innych podając sobie walizki i dzieci do osoby z rodziny, której udało się dopchać bliżej "bramek". Zapytaliśmy kogoś z obsługi lotniska, co się tu dzieje i okazało się, że to pasażerowie samolotu lecącego gdzieś na Syberię; poprzedni samolot odleciał trzy dni temu, nawet jeszcze nie wrócił (tekst jak z "Misia" ), więc oni czekają tu od trzech dni, jest ich trzysta osób, a samolot, który w końcu po nich przyleciał jest tylko na 150... .
    A tak poza tym, to wyjazd był bardzo udany, pojechaliśmy wtedy taryfą z Eupatorii do Bakczysaraju (wychodziło to śmiesznie tanio); a z radziecką wycieczką do Jałty przejechaliśmy przez zakazany wówczas dla turystów z zagranicy Sewastopol...
    Z drugiego wyjazdu natomiast pamętam taką scenkę; pewnego dnia wybraliśmy się z siostrą do Jałty i wracać do Ałuszty mieliśmy zamiar oczywiście trolejbusem. Ale po wejściu na dworzec trolejbusowy w Jałcie zobaczyliśmy, że do kasy ciągnie się długaśna, pozawijana kolejka, która ani drgnie, natomiast trolejbusy w kierunku Symferopola odjeżdżają co chwilę i do tego puściusieńkie. Co się okazało - w kasach zabrakło druczków biletowych, z fabryki jeszcze nie dowieźli więc nie mogą sprzedawać, natomiast w drzwiach do trolejbusa stoi "babka biletowa" która drze się na wszysytkich usiłujących się dostać na pokład: "bez bilietow nielzia!" . Cóż, "i smieszno i straszno...". Dobrze, że wtedy spotkaliśmy w kolejce jakiś Polaków z naszego hotelu i wraz z nimi zrzuciliśmy się na transport jakąś prywatną Ładą.
    Oprócz tego pamiętam też np., że kiedy wracając z plaży zachodziło się do publicznego kibla, to nie dało tam rady skorzystać inaczej, niż brodząc po kostki w moczu, a babki klozetowe siedzące na zewnątrz jeszcze cię opieprzały, że ty w samych gaciach, tak prosto z plaży do kibla. Cóż, takie sceny już tam chyba odeszły w przeszłość...
    Co do fotek, a raczej slajdów (bo wtedy mieliśmy jeszcze projektor) to pewnie gdzieś się zachowały, musiałbym pogrzebać (niestety na pewno nie było by tego wiele, nie robiło się wtedy tyle zdjęć co teraz ).

    Cytat Zamieszczone przez buba Zobacz posta
    a ja myslalam ze taki srodek transportu to w calych karpatach wciaz rzecz normalna a nie jakis dziwoląg zwracajacy uwage... widac sie pozmienialo pod czarnohora przez te 6 lat co tam nie bylam..


    Chyba aż tak się nie pozmieniało, bo nawet miejscowi (albo przede wszystkim miejscowi) z tego korzystają. Dziwili i cieszyli się głównie Czesi.

    Cytat Zamieszczone przez buba Zobacz posta
    Nie wiem czemu tak jest ze polacy traktuja ukraincow na granicy duzo gorzej niz ukraincy polakow.. Zwlaszcza jak nie maja swiadkow.. Ale musieli miec glupie miny jak was tam zobaczyli w tym autobusie!! Fajnie ze udalo sie wam pomóc tym ukraincom z autobusu!
    No właśnie, to jest zagadka. Chociaż mnie osobiście wydaje się, że jej rozwiązanie jest prostsze niż nam się wydaje. Zwróć uwagę - my Polacy ( w tym przede wszystkim nasze służby - graniczne, policja itp) zwracamy się do Ukrainców z pozycji silniejszego (przynajmniej ekonomicznie) sąsiada. Dla Ukraińców z kolei jesteśmy jakby krajem z lepszego świata, żeby do którego to dostać się, muszą najpierw wystawać w wielogodzinnych kolejkach po wizę (jeżeli w ogóle mają taką możliwość - posiadają od kogoś zaproszenie itp). Jeśli już taką wizę dostaną, to starają się ją szanować jak mogą, dlatego m in. nie pyszczą do naszych służb celno-granicznych, nie stawiają się i dlatego w ogóle nie są roszczeniowi w konfrontacji z władzą, pracodawcą itp. Oni po prostu przyzwyczaili się, że prosty człowiek musi dostać "po dupie" - jak nie z tej, to z tamtej strony. Jaka jest natomiast logika myślenia naszego "pogranicznika"? Nie wierzę, że traktuje on wszystkich ludzi z tamtej strony kordonu za przemytników, złodziei itp., jak by to nam zapewne wmawiano uzasadniając nadplanowe przeszukiwanie autokarów. Sama zresztą powierzchowność tamtych ludzi zdradza, że tak nie jest (np. tych Ukraińców, z kórymi przyszło nam podróżować autokarem - ot, zwykli ludzie, normalnie ubrani, ani przesadnie gadatliwi, ani przesadnie cisi, nawet żadnego picia alkoholu nie było na pokładzie ). Dlaczego więc nasi celnicy tak się zachowują? To wynika po prostu z ludzkiej natury - zachowanie stare jak świat. Kiedy możesz sobie bezkarnie kogoś sponiewierać, kto być może jest od ciebie inteligentniejszy, wyższy wykształceniem, kulturą osobistą itp.? Wtedy, kiedy to ty jesteś w prawie, a on ryzykuje wiele, próbując przeciwstawić się tobie. Tak jest właśnie z naszymi służbami granicznymi na wschodzie - przecież wśród tych osób, którym "nasz" celnik kazał stanąć w dwuszeregu na krawężniku mógł być np. profesor z uniwersytetu w Czerniowcach, studenci jadący na wymianę itp. Przed przełożonymi zawsze trzeba stukać obacsami, a tu można sobie bezkarnie użyć do woli - przecież i tak nikt się nie poskarży. Ot i cała ludzka natura.
    Dlatego tym bardziej cieszy mnie, że udało się nam "przytrzeć im nosa" - tak jak piszesz musieli być zaskoczeni faktem, że wsród tej całej "hołoty" siedzi sobie jeszcze dwóch osobników z polskim paszportem...

    A poza tym życzę Ci szczęśliwej i udanej podróży nad Morze Azowskie już wkrótce!
    Ostatnio edytowane przez luki_ ; 30-09-2011 o 18:54

  7. #7
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    DSCN1465.jpgDSCN1466.jpgDSCN1469.jpgDSCN1475.jpgDSCN1477.jpgDSCN1479.jpgDSCN1481.jpgDSCN1482.jpgDSCN1488.jpgDSCN1503.jpg
    Dzień 4 i 5:
    Jako się rzekło w poprzednim odcinku - wstajemy trochę wcześniej, żeby na pewno zdążyć na autobus, który wg. rozkładu ma pojawić się w Zdeniowej o 7.45. Jesteśmy na przystanku parę minut po siódmej i ok. 7.20 przyjeżdża nasz bus (jak sie później okazało, nasze autobusy zazwyczaj pojawiały sie przed czasem).
    Jedziemy do Wołowca. Całe szyby naszego busika oklejone są przeróżnymi reklamami, a to na temat połączenia autobusowego Użhorod - Moskwa za "jedyne" 490 hrywien, a to w sprawie innych "atrakcji" Obok wisi kartka z napisem "Polsza, Czechy, Szengen - wizy, karta Polaka" i dopisany nr. kontaktowy telefonu komórkowego. Robi nam się trochę nieswojo i trochę głupio, że my, mieszkając w takiej "krainie marzeń" pewnie niejednego Ukraińca, może nie doceniamy na codzień za bardzo tego faktu.
    Tuż po ósmej docieramy do Wołowca i od razu idę do kasy po bilet na dalszy odcinek - tzn. do Podobowca, skąd mamy zamiar wyruszyć na szlak. W kasie dowiaduję się, że bilety sprzedają dopiero, kiedy okaże się, ze autobus, którym mamy jechać dotrze na przystanek. Po chwili jednak pojawia się nasz bus relacji Użhorod - Miżhirja i zajmujemy w nim miejsca. O 8.50 odjazd i po ok. 15 minutach, po minięciu Przełęczy Wołowieckiej docieramy do celu. Mój plan na dziś przewiduje najpierw znalezienie miejsca na nocleg w Podobowcu lub położonym tuż u podnózy Borżawy Filipcu, a nastepnie zdobycie najwyższego szcytu Borżawy - Stoja (na dzień nastepny przewidziałem poranne wyjście na Gimbę i marszrutę grzbietem Borżawy do przeł. Przysłop, po czym zejście do Miżhirji i stamtąd juz autobusem dostanie się do Kołoczawy). Wysiadłszy w Podobowcu ruszamy szutrowo - kamienistą drogą w kierunku Filipca. Po chwili dołącza do nas człowiek, który przedstawia sę i mówi, że pracuje w jakiejś lokalnej turbazie i może nas tam zabrać. Dzwoni z tel. komórkwego po "maszynę", ale w tym samym momencie pojawia się obok nas osobowa Łada, której właściciel proponuje nam podwiezienie i pomoc w znalezieniu noclegu. Ponieważ do podnóży Borżawy jest jeszcze ok. trzech kilometrów, skwapliwie korzystamy z tej okazji i zabieramy się z nim. Po drodze pan faktycznie zatrzymuje się pod jakimś domem, mówiąc, że tu mają niezłe pokoje, ale właścicieli nie ma, tak więc jedziemy dalej. Podwozi nas do ostatnich zabudowań Filipca przed zboczami Borżawy, gdzie wysiadamy i wręczając należne 10 hrywien za podwózkę, oświadcamy, że już sobie poradzimy i kwaterę znajdziemy sami. Wchodzimy do pierwszego z brzegu pensjonatu - wygląda nieźle, więc i cena pewnie będzie wysoka, myślimy - pytając o wolny pokój na jedna noc. Okazało się, że cena nie jest aż tak tragiczna, jak się spodziewaliśmy, więc cóż - na jedną noc możemy sobie tutaj pozwolić. Zostawiamy rzeczy i ruszamy pod górę. Ponieważ jest już po dziesiątej, postanawiamy skorzystać z wyciagu krzesełkowego, który usytuowany jest na zboczach Gimby i dociera na wysokość ok. 1150 m npm. W powietrzu jest dosyć parno, a na szczytach przewalają się troszeczkę niepokojące chmury. Ale co tam - pewnie przejdzie - mówię do żony i wsiadamy na krzesełko. Na górze okazuje się, że jest dość sporo turystów na szlaku, m in. mijamy czeską wycieczkę, z której jeden z uczestników niesie w nosidełku malutkie dziecko. Chmury na szczytach kłębią się coraz bardziej, mimo to decydujemy się iść dalej. Trawersujemy północne zbocza Gimby malutką ścieżynką biegnącą między jagodami. Po chwili docieramy do głównego grzbietu, a po następnych kilkunastu minutach osiągamy przełęcz przed końcowym podejściem na Wielki Wierch, kiedy słyszymy pierwsze groźne pomruki nadciągającej burzy. W jednej chwili decydujemy się zawrócić (jak się za chwilę okazało, dobrze, że zapamiętałem miejsce, z którego szlak trawersujący od północy szczyt Gimby odchodzi od głównego grzbietu - w "mleku" jakie za chwilę nastąpiło nie mielibyśmy inaczej szans go zlokalizować). Niestety początkowy odcinek powrotnego szlaku wypada nam pod górkę, w tym czasie pomruki i grzmoty stają się coraz bliższe. Po odnalezieniu trawesu zaczynamy biec - uff, jak dobrze, że nie jesteśmy już na głównym grzbiecie, bo pioruny zdają się padać tuż- tuż. Z nieba pada już wszystko - deszcz, grad, a krople lecące na nas nie z góry, ale z boku, zdają się mieć wielkość grochu. Kilka razy, kiedy pioruny strzelają na prawdę blisko padamy na ziemię. Zastanawiam się wtedy, co zrobić, jeśli nie daj Boże, taki grzmot trafił by Asię, a nie mnie - musiał bym chyba uciekać w siną dal, bo na pewno teściowie nie wybaczyli by mi do końca życia . Z trawersu Gimby ruszamy w dół, ku wyciągowi krzesełkowemu. Trochę uspokaja nas widok spokojnie idących w swoich gumiakach, wyprostowanych jagodziarzy. Na górnej stacji wyciągu czeka już sporo ludzi chętnych do zwiezienia, niektórzy schronili się w budce wyciągowego. Zjeżdżając w dół krzesełkiem uświadamiamy sobie dopiero, że przemoknięci jesteśmy dokładnie do suchej nitki. W całym tym ferworze nie zabezpieczyliśmy plecaka i nie ubraliśmy peleryn przeciwdeszczowych. Na dole w pensjonacie zostały moje nieprzemakalne spodnie - oczywiście akurat tego dnia nie wziąłem ich ze sobą. Zastanawiamy się też, co tam z grupą Czechów ( tych od dziecka w nosidełku) - czy są bezpieczni i zdążyli się gdzieś na czas schronić (jak się okazało dosyć niespodziewanie po dwóch dniach, są cali i zdrowi).
    Ponieważ jesteśmy przemoczeni do cna, resztę dnia spędzamy w pensjonacie, próbując suszyć nasze ciuchy. Pani z recepcji pożyczyła nam nawet grzejnik elektryczny, ale z butami sprawa wydaje się być beznadziejna. Nie mamy nawet żadnych gazet, żeby wymościć nimi nasze "trzewiki", a na suszenie na balkonie nie ma co liczyć- jest taka wilgoć, że mogły by sobie stać tam ze dwa tygodnie bez żadnego efektu.
    Następnego dnia rano postanawiamy zmienić plany - rzeczy nie są jeszcze dosuszone, a mokrych nie będziemy ładować do plecaków. Postanawiamy więc co się da pozostawić do dosuszenia, a planowaną trasę szczytami do Miżhirji zamienić na ponowną próbę zdobycia Stoja. Z tego co sobie przypominam, jest jakiś autobus, który parę minut po siedemnastej przejezdża przez Filipiec do Miżhirji. Postanawiamy więc iść dziś tak, żeby na niego zdążyć. Niestety za oknami widoki niewesołe - przewalają się ciężkie czarne chmury i niewykluczona jest "powtórka z rozrywki" z dnia wczorajszego. Czekamy więc jeszcze trochę. Koło godziny dziesiątej zaczyna się przecierać, co prawda szczyty skąpane są jeszcze w chmurach, ale postanawiamy iść. Ponieważ znowu zrobiło się późno, a nas czas dzisiaj dosyć goni postanawiamy znów skorzystać z wyciągu. Potem znów ta sama trasą - na szcęście w jej trakcie chmury ustępują zupełnie i naszym oczom ukazuje się majestatyczny szczyt Stoja. Ruszamy jednak najpierw na Wielki Wierch - tam jesteśmy ok. trzynastej, postanawiam więc, że Stoja z braku czasu tym razem musimy sobie odpuścić. Trudno - schodzimy więc z Wielkiego Wierchu ścieżką prowadzącą w kierunku Przełęczy Wołowieckiej, z której na jednym z wierzchołków skręcamy w prawo na drogę prowadzącą w kierunku Filipca. Po drodze widoczność wyostrza się coraz bardziej i zaczyna być widać całkiem ładnie na północnym-zachodzie Pikuja, jak również Ostrą Horę i Poł. Równą, a nawet nieco z prawej majaczące szczyty polskich Bieszczadów. W przeciwnym kierunku otwiera się piękny widok na Gorgany, przede wszystkim najbliższe z tego miejsca, a więc Kamionkę i wystający zza niej grzbiet Poł. Piszkonii z Negrowcem. Trasa w dół zajmuje nam trochę czasu głownie ze względu na liczne przerwy "jagodowe". Przed czwartą jesteśmy na miejscu w naszym pensjonacie. Ponieważ zamierzamy jeszcze coś zjeść, tak więc decydujemy się na proponowaną przez panią z recepcji podwózkę "maszyną" na przystanek w Filipcu - ma ona kosztowac 25 hrywien - ten przystanek położony jest o 6 km od pensjonatu. Zamawiamy więc samochód na 16.30 gdyż (jak słusznie się spodziewałem) jakieś opóźnienie na pewno wystąpi, a nasz autobusik nie będzie przecież czekał. W międzyczasie jemy sobie obiadek w resteuracji hotelowej. Kiedy zjawiamy się o umówionej porze przed hotelem, słyszymy , że nasza pani gdzieś wydzwania, ze strzępków zrozumianych słów wynika, ze rozmawia z jakimś Wasylem, który mówi jej, że nie może przyjechać. No tak, myślę, to mamy pozamiatane. Na autobus już nie zdążymy pieszo, więc trzeba będzie tu zostać do jutra. Wtedy pojawia się obok pani jakiś facet, który również gdzieś dzwoni i po chwili podchodzi do nas mówiąc, że "maszyna już jedzie, ale ponieważ benzyna podrożała, to trzeba kierowcy zapłacić 40 hrywien". Nie lubię takich sytuacji, odwracam się wiec na pięcie wzruszając ramionami i czyniąc mimiką twarzy gest mówiący Facetowi coś a'la "chyba Pan zwariował", a kątem oka widząc, że naszej pani z recepcji jest wyraźnie głupio, ale ten facet to zapewne jakiś jej przełożony, więc nie może nic zrobić. Po kilku minutach przyjezdża dwóch chłopaków w dresach swoją "limuzyną" z doczepionym znaczkiem "Audi" ( nie pamiętam, co to było, ale w każdym razie jakiś nowy wóz) i zapraszają nas do środka, mówiąc tym razem, że koszt podwiezienia to 30 hrywien. Wsiadamy. Jeśli mam już jakiś wybór, to szcerze mówiąc wolę na Ukrainie kierowców starych Ład - są zazwyczaj sympatyczni, można z nimi pogadać, no i nie cackają się ze swoim samochodem na wyboistych drogach tak jak ci kolesie z "Audi". Nie mam pojęcia ile czasu zostało do odjazdu autobusu, a oni jadą w ślimaczym tempie omijając wolniutko, z obrzydzeniem każdą dziurę w nawierzchni. Jedziemy w efekcie bardzo długo i jest już grubo po siedemnastej, kiedy lądujemy na przystanku. Odpuszcamy sobie targi i wręczamy chłoppakom 30 hrywien - są wyraźnie zadowoleni. Przystanek w Filipcu jest może i ciekawy - z jakimiś malowidłami przedstawiającymi jelenie, górskie lasy itp., ale mnie znacznie bardziej obchodzi to, czy przypadkiem autobus już nie pojechał. Idę więc zasięgnąć języka u przydrożnego sprzedawcy grzybów. Ten odpowiada mi, że będzie za jakieś 15 - 20 minut, co nas bardzo uspokaja. I faktycznie - pojawia się busik marki "Etalon" relacji Użhorod - Kołoczawa. A więc zawiezie nas na miejsce! Wsiadając mówię kierowcy, żeby wysadził nas przy "czeskiej turbazie" jak nazwałem na potrzebę tej wymiany zdań "Czetnicką Stanicę". Odpowiada, że oczywiście wie, gdzie to jest i że zatrzyma się tam. Podróż przebiega na szczęście bez żadnych przeszkód i koło 19.30 jesteśmy na miejscu. Od razu przypada nam do gustu to schronisko - nieźle utzrymane, na dole pokaźna karczma, a w niej pełno Czechów popijających piwko i wcinających "smażeny ser". Dostajemy też fajny pokoik, do którego wchodzi się bezpośrednio z drewnianego tarasu ciągnącego się wzdłuż całego budynku i na którym, co najważniejsze - można wywiesić nasze mokre rzeczy i pranie!
    Jesteśmy już bardzo zmęczeni, ale wstępujemy jeszcze na piwko do knajpy, po czym kładziemy się dosyć wcześnie spać. Plan na jutro - Negrowiec!

    c.d.n.

    P.S. Zdjęcia z tych dni:
    1) ruszamy na Borżawę
    2) jest jeszcze nieźle
    3) ostatnie chwile przed burzą
    4) powtórka z dnia poprzedniego - znowu chmury
    5) ale pod nimi oprócz nas idą jacyś turyści!
    6) w dole obozowisko przy wodospadzie Szypot
    7) na trawersie Gimby
    8 ) wychodzi Stoj!
    9) a przed nami Wielki Wierch
    10) Stoj z trasy na Wielki Wierch
    Ostatnio edytowane przez luki_ ; 08-09-2011 o 18:35

  8. #8
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    DSCN1508.jpgDSCN1518.jpgDSCN1534.jpgDSCN1545.jpgDSCN1568.jpgDSCN1577.jpgDSCN1596.jpgDSCN1597.jpgDSCN1598.jpgDSCN1600.jpg
    c.d. fotek:
    11) na szczycie Wielkiego Wierchu
    12) przerwa śniadaniowa po zejściu ze szczytu
    13) schodzimy na dół, a po naszej lewej - piękny Pikuj!
    14) widoczek na Gimbę
    15) już blisko celu - przed nami Gorgany
    16) przystanek autobusowy w Filipcu
    17) Czetnicka Stanica w Kołoczawie - widok na taras
    18 ) i widok z tarasu na nasz jutrzejszy cel - Połoninę Piszkonię
    19) można wreszcie rozwiesić mokre rzeczy!
    20) Czetnicka Stanica z zewnątrz

  9. #9
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    DSCN1604.jpgDSCN1606.jpgDSCN1607.jpgDSCN1614.jpgDSCN1619.jpgDSCN1620.jpgDSCN1624.jpgDSCN1625.jpgDSCN1632.jpgDSCN1636.jpg
    Ponieważ nie ma żadnych sugestii na temat "błot" zagadka rozwiąże się już w tym odcinku:

    Dzień 6:
    Następnego dnia poranek jest cudny - szykuje się piękny dzień na górską wędrówkę! Korzystając z bytności w Czetnickiej Stanicy postanawiamy zjeść wreszcie porządne śniadanie i schodzimy na dół do knajpy, gdzie przygotowują dla nas pyszne jaja sadzone na boczku (och, co za ciekawa odmiana po kilku dniach wcinania serków topionych!).
    W drodze na Negrowiec idziemy spory kawałek wsią, następnie odbijamy od głównej drogi na prawo i poprzez serię kośnych łąk dochodzimy do granicy lasu. Widoczki od rana przepiękne - na zachodzie Borżawa, a za nami majestatyczna Połonina Krasna. Ścieżka w lesie już tradycyjnie staje się dość stromą, ale liczne przerwy przeznaczone na zbieranie i konsumpcję jagód pozwalają dać cenne chwile wytchnienia. Po osiągnięciu szczytu Barwinok (nazwa wg. mapy pt. "Gorgany, Poł. Krasna, Świdowiec" wydawnictwa "Compass") wychodzimy na połoninę i naszym oczom ukazują się poszczególne szczyty Piszkonii w całej okazałości. W trakcie podejścia na trawers Horbu spotykamy trzech Ukraińców (to pierwsi turyści tego dnia spotkani przez nas na szlaku) od których dowiadujemy się, że idą zaplanowaną przez siebie marszrutą o długości 150 kilometrów, która kończy się na Howerli. Ponieważ przyszli z przeciwnego kierunku, informują nas co nas jeszcze czeka ciekawego na szlaku i na koniec tradycyjnie życzą szczęścia. Po niecałej godzince wdrapujemy się wreszcie na Negrowiec. Stąd widoki przecudne - na północy morze wierchów gorgańskich, a na południu za pasmem Poł. Krasnej widać nawet na horyzoncie łańcuch rumuńskich góry Gutii -Oas (tego dnia pierwszy raz widzimy z Ukrainy rumuńskie Karpaty). Chwila odpoczynku połączona z posiłkiem, po czy ruszamy dalej szczytami Piszkonii. Kolejnym wierzchołkiem na naszej trasie jest Gropa. I tu niespodziewanie zastaje nas duży ruch, rzekłbym rejwach. Najpierw mija nas grupa czeskich turystów (ta sama, którą dwa dni wcześniej spotkaliśmy na Borżawie tuż przed burzą) i znów z dzieckiem w nosidełku - poznają nas - cieszymy się, że nic im się nie stało. Za chwilę nadchodzi dwójka Polaków (chłopak z dziewczyną) - opowiadamy im o możliwościach noclegowych w Czetnickiej Stanicy, z czego jak się okazało następnego dnia skorzystali. Już mamy ruszać dalej, kiedy "dopada nas" kolejna grupa Czechów - przyjechali na Ukrainę w osiem osób, a pochodzą ze Śląska Cieszyńskiego i okolic Ostrawy. Opowiadają nam, gdzie do tej pory byli i co widzieli.
    W tym miejscu czas na małą retrospekcję.: Jeszcze wczoraj wieczorem, kiedy zeszliśmy na piwko w naszej Czetnickiej Stanicy, przeglądałem leżące tam na półeczce pocztówki. Moją szczególną uwagę zwróciła zwłaszcza jedna z nich - przedstawiająca grupę ludzi nad jakimś jeziorkiem, całych umorusanych w ciemnej mazi. Podpis na pocztówce głosił - "Sołone oziera Zakarpatja. Sołotwino". A to ciekawe - pomyślałem. Coś takiego widziałem pierwszy raz na Krymie podczas mojego pierwszego pobytu tam w 1991 roku. Tyle, że tamte jeziora położone były blisko morza i pamiętam dokładnie, że na ich brzegach występowały jakieś lecznicze błota, z których to błot skwapliwie korzystali, obkładając się nimi od stóp do głów miejscowi wczasowicze. Słone jeziora blisko morza - to rozumiem, ale tu, na Zakarpaciu? Zagadka rozwiązuje się przy okazji rozmowy z w/w Czechami - tak, takie jeziora faktycznie są i oni tam wczoraj byli! Położone są na terenach po byłych kopalniach soli, a na ich brzegach wystepują faktycznie lecznicze błota. No nie, myślę sobie, przecież pojutrze i tak mamy zamiar dostać się do Rachowa, Sołotwino leży przecież po drodze. Musimy więc koniecznie z tej atrakcji skorzystać!
    Schodzimy tak kawałek dyskutując z Czechami, potem wyprzedzają nas. Droga w dół do Synewiru wije się teraz lasem i ciągnie w nieskonczoność. Jest to zwykła droga leśna, którą spokojnie może jechać "maszyna". Tuż przed końcem trasy spotykamy jeszcze raz "naszych" Czechów - znów ucinamy sobie z nimi pogawędkę, po czym już na dole Czesi wsiadają do swojego busika, a my idziemy doliną Terebli do Synewiru, gdzie mamy zamiar złapać autobus do Kołoczawy. Faktycznie, po ok. 20 minutach przyjeżdża - słychać go już z dala dzięki piszczącym hamulcom.
    W Kołoczawie w naszej Stanicy jemy kolację. Korzystając z okazji postanawiam zapytać się "szefa", czy nie wie, jak się stąd najlepiej dostać do Rachowa. Zaznaczam jednak, że chodzi mi o autobus na niedzielę (bo prawdopodobnie w tygodniu kursują inaczej). Szef odpowiada mi, że można stąd jedynie dojechać do Chustu, a stamtąd łapać inny autobus lub marszrutki. Na pytanie, o której taki bus do Chustu odjeżdża z Kołoczawy odpowiada, że coś koło 5.30. 5.30? No świetnie, dla pewności dopytuję jakim czasem operuje mój rozmówca. Oczywiście okazuje się, że miejscowym. Czyli nie jest tak źle - 6.30 "po Kijewu" to już bardziej ludzka pora. Z ciekawości pytam, o której może jechać następny autobus. Siedzący przy barze przy szklaneczce wódeczki miejscowi chwilę się zastanawiają, po czym pada odpowiedź - "w obiad!". No tak, wobec tak precyzyjnej informacji nie pozostaje nam nic innego, jak wybrać się tym wcześniejszym połączeniem. Ale to dopiero pojutrze. Jutro czeka nas Krasna!
    c.d.n.
    P.S. Zdjęcia z tego dnia:
    1) ruszamy
    2) pojawia się Borżawa
    3) nasz cel
    4) obłędnie piękna polana w gorgańskim lesie
    5) ponad granicą lasu - za nami Połonina Krasna
    6) a na prawo od niej majaczą na horyzoncie góry Gutyjskie w Rumunii
    7) przed nami Negrowiec
    8 ) "wychodzą" Gorgany
    9) Lenin (a może Dzierżyński?) na szlaku
    10) "nic nie mąci skupionej zadumy wierchów gorgańskich"

  10. #10
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Przez Pikuj, Borżawę, Negrowiec, Krasną, zakarpackie błota, Świdowiec do Kamieńc

    DSCN1638.jpgDSCN1653.jpgDSCN1661.jpgDSCN1673.jpgDSCN1676.jpgDSCN1681.jpgDSCN1682.jpgDSCN1685.jpg
    c.d. zdjęć:
    11) Gorgany z końcowego podejścia na Negrowiec
    12) słabo, bo słabo, ale na południowym-wschodzie "wylazły" Howerla i Pietros (widok ze szczytu Negrowca)
    13) czy tego pana bolą zęby?
    14) już schodzimy - jeszcze spojrzenie na Negrowca
    15) i na Borżawę
    16) i jeszcze raz na Gorgany
    17)
    18 ) już w dolinie Terebli

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Kamień z rybą w Beniowej
    Przez sarmata w dziale Dyskusje o Bieszczadach
    Odpowiedzi: 36
    Ostatni post / autor: 26-11-2012, 20:08
  2. Przez karpackie przelecze, czyli z Czerniowiec do Worochty przez Hryniawe ;)
    Przez Petefijalkowski w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 24
    Ostatni post / autor: 18-10-2012, 15:30
  3. Kamień Dobosza w Jaremczu
    Przez wtak w dziale Wschodni Łuk Karpat
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 22-02-2011, 23:01
  4. szlak inicjacyjny - Dwernik Kamień :) ?
    Przez Cami w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 3
    Ostatni post / autor: 01-08-2010, 16:47
  5. Złota piątka
    Przez Marcin w dziale Dyskusje o Bieszczadach
    Odpowiedzi: 30
    Ostatni post / autor: 05-02-2009, 19:07

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •