DSCN1762.jpgDSCN1772.jpgDSCN1778.jpgDSCN1787.jpgDSCN1788.jpgDSCN1789.jpg
Dzień 8:
Tego dnia wstajemy wcześnie rano. Teoretycznie o 6.30 czasu "kijowskiego" mamy autobus do Chustu, ale postanawiamy być na przystanku nieco wcześniej nauczeni doświadczeniem, że bus potrafi przyjechać znacznie przed czasem. Kilka minut po szóstej stajemy więc przed Czetnicka Stanicą i za chwilę podjeżdża nasz busik. Jest jeszcze w połowie pusty, ale po drodze wypełnia się dosyć szczelnie pasażerami. Początkowo trasa wiedzie wąską doliną rzeki Terebli, miejscami asfalt znika zupełnie i pojawia się szutrowa nawierzchnia. Po pewnym czasie dolina rzeki rozszerza się i wjeżdżamy na płaski, dosyć gęsto zabudowany teren Kotliny Marmaroskiej. W końcu, po ok. 1.5 h jazdy nasz bus wtacza się na przedmieścia Chustu.
Przyznam szczerze, że byłem bardzo ciekaw wyglądu tej miejscowości, która w swej historii miała przecież ciekawy epizod - została na krótko (dokładnie na 1 dzień) stolicą państwa o nazwie Ruś Zakarpacka - kiedy w marcu 1939 roku wojska niemieckie zajmowały Czechosłowację, o swoje prawa postanowili wystąpić zakarpaccy Rusini i oderwać ten fragment kraju od upadającej reszty. Powołane ad hoc oddziały rusińskie toczyły nawet walki z wycofującymi się oddziałami czechosłowackimi, ale już następnego dnia cały kraj zaczęli zajmować Węgrzy i sprawa niepodległości Zakarpacia upadła.
Niestety dworzec autobusowy położony jest zaraz na początku miasta, tak więc nie dane nam było zobaczyć centrum (nie miałem aż na tyle samozaparcia, żeby specjalnie jechać na zwiedzanie). Wysiadając na dworcu już z daleka zobaczyłem busa z napisem "Chust - Sołotwino". Popędziliśmy więc do niego, ale niestety z braku miejsc kierowca nie był w stanie nas zabrać.Powiedział natomiast, że właśnie odjechał drugi autobus, ale ponieważ zawraca on dopiero na terenie dworca autobusowego, mamy wyjść na ulicę i próbować go tam łapać. Skaczemy więc przez murek oddzielający plac dworcowy od drogi i machamy ręką. Zatrzymuje się jednak nie autobus, ale jadący przed nim busik z napisem "marszrutnoje taksi" i na nasze pytanie, czy jedzie w kierunku Sołotwina, kierowca odpowiada twierdząco, więc zajmujemy dwa wolne miejsca z tyłu pojazdu. Obok nas siedzi już pewna pani w średnim wieku, która zaraz pyta nas skąd jesteśmy i dokąd się tu wybieramy. Kiedy mówię jej, ze jesteśmy z Polski odpowiada zaraz: "ach, Polsza, jeździła tam za młodu z towarom. Była w Krakowie, ocień krasiwyj gorod". Kiedy dowiaduję się, że wybieramy się nad słone jeziora radzi nam, żeby nie iść na pierwszą-lepszą z brzegu plażę, tylko przyjrzeć się uważnie i wybrać sobie jakąś z najlepszym dostępem do jeziora i błot. Kobieta jest dosyć gadatliwa (ale przy tym bardzo sympatyczna) i opowiada nam m in. jak to ciężko teraz żyje się na Ukrainie, że nie ma pracy itp. Ponieważ jesteśmy blisko granicy rumuńskiej, postanawiam się zapytać, czy nie mogą sobie szukać roboty po tamtej stronie (chociaż wiem oczywiście, że sami Rumuni tłumnie wyjeżdżają na zachód, bo tam też różowo nie jest; pytanie zadaję bardziej z "podpuchy", żeby dowiedzieć się, co miejscowi Ukraińcy sądzą o swoich romańskich sąsiadach zza Cisy). Kobieta odpowiada najpierw: "Tam to ja nie znaju", ale po chwili namysłu dodaje: "a nie, tam toże bardak!". Nie mogę się powstrzymać i odwracając głowę wybucham pod nosem śmiechem .Dawno już nie słyszałem tego słowa ("bardak"), które jako rusycyzm jest w Polsce używane w niektórych stronach, a mnie osobiście bardzo się podoba, chyba ze względu na swoją dosadność i taki wschodni wydźwięk (od tego momentu już do końca wyjazdu, na każdy zobaczony taki "swojsko-ukraiński" bałaganek mówiliśmy "tu toże bardak").
W trakcie jazdy do naszego tylnego rzędu dosiada się jeszcze jedna osoba - jakaś młoda dziewczyna, która zapewne dojeżdża do pracy. Ponieważ nasza dawna sąsiadka ma za chwilę wysiadać, mówi do tej dziewczyny, że my "z Polszy, ale rozmawiamy po rosyjsku", prosi ją więc, żeby wskazała nam, kedy będziemy musieli wysiadać. Dziewczyna wzrusza ramionami w geście "a co mnie to obchodzi". I słusznie, poradzimy sobie bez niej. Tym bardziej, że nasz busik po dojechaniu do Tiaczowa i wysadzeniu ostatnich pasażerów kończy marszrutę. Kierowca podwozi nas jeszcze na przystanek autobusowy i pomagając nam w wyciąganiu plecaków mówi, że stąd za 15 minut będzie autobus do Sołotwina. Zagaduje nas, pytając czy my "z Polszy?". Odpowiadamy, że tak, na co on z kolei mówi, że pochodzi ze Lwowa, ale przyjechał w te strony za żoną. Żegna nas uściskiem dłoni i tradycyjnie, jak to w tych stronach w zwyczaju, życzy nam szczęścia.
Autobus przez dłuższy czas jednak nie podjeżdża, pojawia się za to kolejny busik z napisem "marszrutnoje taksi". Okazuje się, że jedzie do Sołotwina, więc wsiadamy. Tym razem nasi wspólpasażerowie nie są tacy rozmowni i głośno protestują, kiedy na mijanych przystankach kierowca próbuje kogoś do naszego busika docisnąć (wszystkie miejsca są bowiem i tak zajęte). Obok nas zasiadła dosyć korpulentna pani, która, sądząc po dwóch pokaźnych rozmiarów torbach w kratę, jedzie uprawiać przygraniczny handel .
Kierowca wysadza nas w Sołotwinie w miejscu, skąd mamy najbliżej do słonych jezior. Od głównej szosy Chust - Rachów idzie się najpierw kilkaset metrów na prawo, po czym w lewo, w kierunku, który sam staje się oczywisty za sprawą coraz liczniejszych budek i straganów (trochę to przypomina okolice naszej zapory w Solinie, ale w bardziej wschodnim "bardakowatym" wydaniu).
Zgodnie z sugestią pani z pierwszego busa postanawiam zapytać straganiarzy, "który tu plaż najłutszy". Wskazują mi drugie z rzędu wejście i za ich radą tam właśnie idziemy. Pani sprzedająca bilety na plażę potwierdza, że tu piasek najlepszy "takij biłyj" jakiego nie ma na żadnej innej plaży. Płacimy więc po 5 hrywien od głowy (tutejsze plaże są bowiem podzielone na sektory i ogrodzone - wszystko to tereny prywatne, które kiedyś ktoś "wykupił"). Schodzimy nad jeziorko - tutejszy "pljaż" jest faktycznie wysypany białym pisaeczkiem. Szarpneliśmy się dodatkowo na leżak - to kolejne 10 hrywien, ale jaka wygoda (leżymy na nim na zmianę - kiedy drugie z nas się kąpie lub obkłada błotem). Okazuje się, że jeziorka tak naprawdę są dwa - nam przypadło w udziale leżenie nad mniejszym i położonym troszkę wyżej w stosunku do większego, które dodatkowo oddzielone jest od naszego sztucznie usypaną tamą. Poszczególne sektory prywatnych plaż oddzielają płoty - głównie drewniane, niektóre "dla pewności" przetykane są również stalowym drutem kolczastym. Przy większym z dwóch jeziorek jest też sporo namiotów, a w tle widać jakieś budki, domki, zaparkowane przyczepki itp. - słowem "bardak".
Ponieważ Sołotwino położone jest tuż przy rumuńskiej granicy, udaje nam się złapać zasięg tamtejszych operatorów sieci komórkowych, dzięki czemu mamy szanse na dużo tańszy niż przez sieć ukraińską kontakt telefoniczny z Polską, którą to sposobność zaraz wykorzystujemy dzwoniąc do domu.
Jest co prawda jeszcze dosyć wcześnie, ale nad jeziorkami panuje już dosyć duży ruch. Idę więc pierwszy zażyć kąpieli - na brzegu naszego jeziorka wybudowane zostało w jednym miejscu betonowe zejście do wody, ktoś tylko zapomniał dobudować schodków, więc ja, nie wiedząc o tym wpadam z hukiem do płytkiego w tym miejscu jeziorka i dosyć boleśnie obijam sobie stopy o leżące na dnie kamienie. Na szczęście nic mi się wiekszego nie stało, więc mogłem bez przeszkód kontynuować kąpiel . Woda jest tu bardzo słona i w związku z tym ma dużą wyporność - można sobie leżeć na powierzchni jeziorka w bezruchu.
Po mnie przychodzi kolej na Joannę - schodzi ona po kąpieli z narażeniem życia (podtrzymując się jedną ręką drewnianego płotu wzmocnionego drutem kolczastym) do sąsiedniego jeziorka po błoto.
Owe lecznicze błota wydobywa się z dna jeziora przy jego brzegu własnoręcznie. Asia znajduje więc jakieś porzucone naczynie po wydobywanym wcześniej przez kogoś błocie (plastikowy kubek) i przynosi je napełnione pod nasz leżaczek. Smarujemy się po kolei - najpierw żona, pózniej ja. Nie mamy pojęcia, jak długo należy pozostawać w stanie "wysmarowanym", żeby dało to jakieś efekty - Asia tylko informuje mnie, że taki zabieg leczniczym błotem w centrum spa w Polsce kosztuje ok. 300 złotych. "No to zaoszczędziliśmy 600" - odpowiadam. Ponieważ jezioro jest bardzo słone, to płukanie się w nim po zabiegu błotnym na niewiele się zdaje - na skórze pozostaje mnóstwo soli. Na szczęście okazuje się, że na naszej plaży są też przysznice - zwykłe sklecone z dykty budki z natryskiem, teoretycznie płatne 2 hrywny (ale nie było żadnego inkasenta). Opłukani dosychamy sobie na słoneczku i jeszcze jakiś czas spędzamy na plaży.
Ponieważ w końcu robi się już dosyć późno, a my mamy w planach jeszcze dziś dotarcie do Jasini, postanawiamy ruszyć w dalszą drogę. Docieramy w to samo miejsce, w którym wysiadaliśmy i po kilku minutach łapiemy autobus jadący do Rachowa. Nasza trasa, po wyjechaniu z Sołotwina prowadzi teraz nad samym brzegiem Cisy - widzimy ukraińskie, a po drugiej stronie rumuńskie słupy graniczne (wspominamy więc zeszły rok, kiedy to jechaliśmy własnym samochodem dokładnie po drugiej stronie granicy w Góry Marmaroskie). W jednej z mijanych miejscowości nasz bus zatrzymuje się na krótki postój, w trakcie którego dojeżdża do nas kolejny autobus, a jadący docelowo na Czerniowce. Ponieważ jedzie przez Jasinię, a my i tak musielibyśmy się w Rachowie przesiadać, pytam kierowcy tego autobusu, czy nas już tu nie weźmie na pokład. Odpowiada, że tak, ale po chwili zmienia zdanie i mówi - skoro mamy zapłacony bilet do Rachowa, to tam na dworcu się do niego przesiądziemy. Wracamy więc do naszego busa i - jak się niedługo okazało, była to decyzja brzemienna w skutkach.
Po drodze do Rachowa widzimy jeszcze po drugiej stronie rzeki miejscowość Diłowe - ukraińsko-rumuńskie kolejowe przejście graniczne (obecnie ruch jest zawieszony) i mijamy przygraniczny posterunek kontrolny. W końcu wysiadamy w Rachowie na dworcu autobusowym i kupujemy bilety na nasz "czerniowiecki" autobus. Ponieważ autobus długo nie nadjeżdża idę zapytać, czy coś się nie stało, ale w informacji nic nie wiedzą. Tymczasem nadjeżdża kolejny busik, tym razem do Kołomyji. Ten oczywiście też jedzie przez Jasinię, więc biegnę do kierowcy zapytać, czy nas nie weźmie. Kierowca ogląda bilety i mówi, że nie są one wystawione na jego "maszynę", ale dodaje, że po drodze wdział, iż ten nasz "czerniowiecki" autobus "połamałsja". Wracam więc do kasy i proszę, żeby wystawili mi drugi bilet, bądź wpuścili na pokład busika do Kołomyi, bo nasz autobus "połamałsja". Kasjerka każe mi czekać chwileczkę, po czm naradzają się z drugą kasjerką, co robić. Kiedy dowaidują się, że nasz autobus faktycznie popsuł się gdzieś po drodze informują przez megafon, że wszyscy z wykupionymi biletami na "czerniowiecki" autobus mają zgłośić się do tego jadącego do Kołomyi. Ponieważ istniało ryzyko, że ten nieduży busik będzie za chwilę przepełniony wysyłam Asię, żeby zajęła miejsca a sam w tym czasie pakuję plecaki do bagażnika. W autobusie, kiedy wracam jest spory tłok, na szcęście mamy miejsca siedzące, co prawda nie obok siebie, ale zawsze. Przed wyruszeniem z Rachowa jeszcze chwila grozy, kiedy kierowca kilkakrotnie usiłuje włączyć silnik - na szczęscie udaje mu się w końcu za którymś razem i jedziemy. Asi trafiło się miejsce koło jakiejś dość korpulentnej kobiety, która dodatkowo zajmuje pół fotela mojej żony za pomocą pokaźnych rozmiarów torby podróżnej, za to żegna się zamaszyście po trzy razy przed każdym mijanym krzyżem i cerkwią. Na szczęście kontrolujący bilety pomagier kierowcy widząc to, każe kobiecie zabrać torbę, na co ona odpowiada, że przecież nikomu to nie przeszkadza. Kontroler jednak (chyba widząc wzrok mojej żony) bez pytania zabiera jej "bagaże" i kładzie na półce u góry. Koło mnie natomiast siedzi młody Hucuł, który, jak sią okazało, pracuje przy montażu okien. Pytam go, czy zna też jakieś polskie firmy - oczywiście, że zna, ale tu ich się nie montuje - dla miejscowych są po prostu za drogie. Korzystając z przygodnej znajomości postanawiam się dopytać, czy mój współpasażer nie zna przypadkiem aktualnej prognozy pogody (opowiadam mu o "grozie", która spotkała nas na Borżawie). Ku mojemu zdumieniu wyciąga po prostu komórkę i prognozę dla Jasini sprawdza w internecie - "niet, grozy nie budiet" - odpowiada. Przysłuchujący się nam z przodu młody Ukrainiec, jadący z żoną i z dziećmi odwraca się nagle do mnie i oświadcza: "ale pan dobrze mówi po ukraińsku!" Ponieważ moją "techniką" rozmowy po ukraińsku jest łączenie dwóch słow polskich, dwóch rosyjskich i dwóch (chyba) ukraińskich, od razu przypomina mi się pewien odcinek serialu "Czterdziestolatek" w którym to główny bohater będąc na delagacji na Węgrzech próbuje w jakimś sklepie kupić kryształ (a były to czasy, kiedy z Polski woziło się kryształy na handel w tamtym kierunku, nie odwrotnie). Otóż inżynier Karwowski próbuje tam (chyba podobnie jak ja tutaj) wysłowić się tak, żeby być dobrze zrozumianym, mówi więc głośno, powoli i używając bezokoliczników, kiedy nagle słuchający go Węgier odpowiada płynną polszczyzną: "jak pan jest z Polski, to czemu pan tak źle mówi po Polsku?". Zawsze wydawało mi się, że moi rozmówcy (np. Czesi) tak właśnie sądzą na mój temat, a tu proszę, taka niespodzianka
...
W końcu dojeżdżamy do Jasini, gdzie wysiada także "mój" Hucuł. Pokazuje nam jeszcze kierunek na turbazę "Edelweis" gdzie mamy zamiar się udać i żegna się z nami.
Jako się rzekło, kwaterujemy się w "Edelweisie", idziemy jeszcze coś zjeść i wcześnie kładziemy się spać. Jutrzejszy kierunek - Świdowiec!
c.d.n.
P.S. Zdjęcia ze słonych jezior:
1) tak się leży na wodzie
2) a tak wygląda nasza plaża
3) Joanna smaruje się błotem...
4) i ja też wysmarowany
5) widok ogólny na słone jeziorka
6) i zbliżenie na tamę; napis na tabliczce głosi: "po tamie nie chodzić!![]()


Odpowiedz z cytatem