DSCN1790.jpgDSCN1792.jpgDSCN1797.jpgDSCN1807.jpgDSCN1811.jpgDSCN1820.jpgDSCN1829.jpgDSCN1831.jpgDSCN1844.jpgDSCN1847.jpg
Dzień 9:
Dziś od rana Jasinia spowita jest mgłami. Z okna turbazy widzimy tylko płynącą Czarną Cisę, nad którą położony jest budynek "Edelweisa". Wygląda jednak na to, że te mgły, to tylko częsta w górach (zwłaszcza pod koniec lata i jesienią) niziutka inwersja, która za chwilę zostanie rozgoniona przez mocne jeszcze o tej porze roku słońce.
Tak też się dzieje, kiedy już po śniadanku ruszamy na trasę. Idziemy najpierw kawałek główną drogą przez Jasinię w dół na południe, po czym za stacją benzynową, na wysokości "magazinu" znajdującego się w prywatnym domu odbijamy w prawo. W sklepie tym uzupełniamy jeszcze zapasy płynów, a ja dla pewności pytam kasjerkę, czy ten szlak za "magazinem" na pewno wiedzie na polanę Drahobrat, gdzie mamy zamiar w pierwszej kolejności się udać. Co prawda kierują tam wyraźne zielone strzałki (tylko napis na drogowskazie nieco mnie zmroził: "Drahobrat - 6 h" - jakim sposobem w takim razie mielibyśmy dotrzeć dziś na planowaną prze ze mnie Bliźnicę?), ale wolę tak z ciekawości dopytać. Pani kręci głową przecząco - "niet, tu szljachu niet. Wam treba na doł, tam, gdzie maszyny idut" - czyli mówi o drodze jezdnej, którą poruszją się jadące na Drahobrat samochody. Ponieważ tej właśnie trasy chcieliśmy uniknąć (raz ze względu na nieszczególny zapach ukraińskiej benzyny, niezbyt komponujący się z górskim otoczeniem, a dwa, że trasa zielonym szlakiem wydaje się być wg. mapy zdecydowanie bardziej widokową) decydujemy się iść jednak drogą za "magazinem", wbrew temu, co twierdzi ta pani (ciekawe, że na terenach górskich, oczywiście nie tylko na Ukrainie, ale także wiele razy zdarzało się mi to w Polsce, często miejscowi nie mają pojęcia, dokąd prowadzi dana droga, jakie góry widać obok itp.; w tym przypadku wydaje mi się, że ścieżka, którą mieliśmy iść prowadziła po prostu w mniemaniu pani sklepowej tylko do szeregu rozproszonych na zboczach huculskich zagród, a to, że był tam domalowany zielony szlak, nie miał dla niej żadnego znaczenia, ponieważ miejscowym takie znaki nic nie mówią i nie są przecież potrzebne).
Tak czy siak skręciliśmy zaraz za "magazinem" w prawo, by po chwili znaleźć się na podwieszanym na linach mostku (kładce) na Czarnej Cisie, kiedy zobaczylismy nagle, że pod nasz "magazin" podjeżdża autokar, z którego tłumnie wysypują się ludzie i ruszają w naszą stronę. Coż, dzisiaj sami na szlaku na pewno nie będziemy! Po chwili okazuje się, że jest to grupa czeskich turystów (znowu Czesi!) z okolic Ostrawy i Frydka-Mistka, czyli pogranicza Moraw i Śląska Cieszyńskiego. Jak sie później okazało, jednym z "przewodników" tej grupy był 82-letni dziadek, który już przed wojną zwiedzał te tereny (miał on niesamowitą kondycję, nie odstawał ani na chwilę od grupy, która pokonywała przecież spore odległości na trasach o bardzo dużych różnicach wysokości względnych). Czesi dosyć głośno (jak to w dużej grupie) rozmawiają i idą, niektórzy popijając zabrane ze sobą piwko. Jak się wkrótce miało okazać, towarzyszyli nam tego dnia (byliśmy trochę mniej lub bardziej przed nimi) na całej naszej trasie.
Po minięciu mostka szlak przebiega tuż koło pięknej drewnainej cerkwi w stylu huculskim, położonej na szczycie niewielkiego wzgórza. Poźniej już cały czas wspina się przez łąki, lawirując między rozsianymi tu i ówdzie huculskimi "grażdami". Za plecami pojawia się pięknie podświetlona porannym słońcem Howerla i nie mniej majestatyczny Pietros. Po osiągnięciu szczytu wzgórza droga staje się szersza i wchodzi w las, ale dzięki kilku polanom na początku można podziwiać po raz pierwszy tego dnia nasz cel - wyniosłą i urokliwą Bliźnicę. Trasa łagodnie prowadzi teraz zboczem Menczyła i wijąc się doprowadza w końcu do drogi jezdnej na Drahobrat (ale na szczęście na ostatni już jej fragment) . Tutaj od razu pojawiło się pełno jakiś busów, gazików itp. zasmrodzających leśne powietrze. Po kilku zakrętach pod górę znaleźliśmy się jednak na rozległej polanie Drahobratu, gdzie w dość dużym rozproszeniu stały poszczególne budowle tego "ośrodka". Niektóre stare, drewniane - w rozsypce, inne nowe, ale większość jakby w budowie - z rusztowaniami, betoniarkami itp. - tyle, że raczej nic wkoło nich się nie działo. Ogólnie miejsce to, aczkolwiek bardzo widokowe, sprawiało dość przykre wrażenie nieładu i nieporządku - słowem - bardak. Pod jednym z pensjonatów zatrzymujemy się na odpoczynek, za chwilę dołaczają do nas idący wcześniej w pewnej odległości Czesi. Dowiadujemy się od nich, że też idą na Bliźnicę, co dodaje mi otuchy (wcześniej wątpiłem, że uda nam się wyrobić czasowo, ale po spojrzeniu na zegarek okazało się, że szliśmy tu z Jasini tylko ok. 2 i pół godziny). Postanawiamy ruszyć przed Czechami, żeby w razie czego mieć ich za sobą (gdyby np. miał nas zastać zmrok na trasie). Idziemy na przełęcz Peremyczkę, potem na Żandarmy. Po drodze mija nas coraz więcej osób - jedni "turyści" przyjechali tu nawet gazikiem. W końcu stajemy na Bliźnicy. Widoki stąd - po prostu przecudne. Oprócz rozległego morza połonin wokoło i niedalekiej Czarnohory całkiem wyraźnie widać na południowym - wschodzie Góry Marmaroskie, a w nich przede wszystkim wyniosłego Popa Iwana i wyzierającego nieco zza pasma granicznego Farcaula. Tam właśnie byliśmy w zeszłym roku - prawie dokładnie w tym samym okresie! (widziałem wtedy zresztą właśnie Bliźnicę z podejścia na Farcaul). Za Marmaroskimi z tyłu wychylają się pięknie Góry Rodniańskie - najwyższe w całych wschodnich Karpatach z Pietrosulem na czele. Oprócz tego prosto na południe widać dobrze góry Cybleskie (Tibles) i Gutyjskie i gdyby nie popołudniowe słońce zerkające prosto na nas właśnie z tamtego kierunku, nad mgiełkami snującymi się za tamtymi pasmami pojawiły by się zapewne i góry Zachodniorumuńskie (Muntii Apuseni), a może nawet Karpaty Południowe! (widoczność tego dnia była obłędna - szkoda, że nie miałem ze sobą dobrego aparatu!).
Na szczycie panuje spory ruch - są tu głównie grupy ukraińskiej (nieco starszej i nieco młodszej) młodzieży. Co najlepsze - jest dopiero druga po południu, tak więc spokojnie zdążymy zejść dziś do Kwasów, gdzie planowałem zakończyć dzisiejszą wycieczkę. Ruszamy więc jeszcze przez drugi wierzchołek Bliźnicy (ostatnie nasze podejście na tej trasie) i potem już cały czas w dół wyraźną drogą przez połoninę. Cały czas towarzyszą nam piękne widoki, tak, że przerwom na fotografowanie nie ma końca. Po minięciu sporej osady pasterskiej (ale wyglądającej na opuszczoną) wchodzimy w las, by następnie poniżej jego dolnej granicy znaleźć się znów wsród pięknych widokowo łąk i rozproszonej huculskiej zabudowy. Tuż przed dotarciem do asfaltowej drogi jezdnej Rachów - Jasinia dopędza nas pierwsza grupka Czechów. Dowiadujemy się od nich, że w Kwasach czeka na nich autokar i możemy się zabrać z nimi do Jasini, bo, jak się okazuje - mieszkają dokładnie w naszej turbazie! Ponieważ ich grupa jest rozproszona i pewnie nieprędko się wszyscy zejdą, decydujemy się jednak zaczekać na przystanku na jakiś busik.
Niestety, tak jak zawsze do tej pory mieliśmy szczęście i autobus pojawiał się po chwili, tak teraz przyszło nam spędzić w tym miejscu półtorej godziny. Po jakimś czasie na naszym przystanku pojawiły się kolejne osoby - dwie panie w średnim wieku z jedną młodszą (pewnie córką którejś z nich), od których dowiedzieliśmy się, że za dwadzieścia minut powinien nadjechać autobus do Stanisławowa. Panie umilały sobie czas oczekiwania popijając wódeczkę, nalewaną do kieliszków wprost z plastikowej buteleczki po wodzie. Autobus jednak nie nadjeżdżał, więc zaczynaliśmy się niepokoić. W końcu zjawił się na przystanku, przepełniony jednak do granic możliwości. Wydawało się, że nikt nie będzie w stanie się tam wcisnąć, ale kierowca, otrzymawszy od "naszych" kobiet resztę wódki, jaka im została w plastikowej buteleczce, wyprosił na zewnątrz wyraźnie podchmielonego grubego brodatego jegomościa z plecakiem mówiąc do niego "Wy chotieli w hory, oto i hory!" i zostawił go na przystanku. Na moje natomiast pytanie, czy i my mamy szansę się zabrać odpowiedział, że zaraz będzie autobus miejscowy do Jaremcza, co faktycznie się stało.
I tak, po tych perturbacjach dotarliśmy wreszcie do Jasini, co prawda przemęczeni i głodni, ale szczęśliwi, że udało nam się osiągnąć dzisiejszy cel.
Jeszcze w sklepie spożywczym trafiliśmy na Polaka, który, jak się okazało, wędruje z grupą przyjaciół z Rafajłowej, a nocuje dzisiaj oczywiście w naszej turbazie. Zapraszał nas serdecznie na piwo do pokoju, ale my, niestety nie daliśmy już rady. Zmęczenie szybko zapędziło nas tego dnia do łóżek.
Cel na dzień następny - to Howerla!
c.d.n.
P.S. Zdjęcia z tego dnia:
1) ruszamy przez kładkę na Czarnej Cisie
2) cerkiew za mostkiem
3) huculska grażda na stokach
4) Regina Carpatilor Ucrainensis
5) Bliźnica
6) "wychodzi" Pop Iwan Marmaroski
7) Bliźnica z podejścia na przełęcz Peremyczkę
8 ) na grzbiecie głównym Świdowca
9) "z wysokiej przełęczy i szczytowej grani - jakiż to przestrzeni bezmiar"
10) jeziorka pod Bliźnicą - miejsce kąpieli ukraińskich turystów


Odpowiedz z cytatem