Zdarzyło mi się kiedyś mieszkać prawie rok w północnych Włoszech, kilka lat później poprawiłem jeszcze dwoma miesiącami. Wrażenia mam zgoła odmienne, byłem jednak w innym miejscu (Lombardia) i to może być przyczyną innego spojrzenia. W sierpniu koszmarnie gorąco, w zasadzie nie do wytrzymania (szczególnie w mieście), wrzesień upalny ale już można złapać oddech, zima mokra i nieprzyjemna, z temperaturą na minimalnym plusie (w moją jedyną trafiło mi się 6 tygodni ciągłych opadów, z czego jeden lub dwa dni padał śnieg, reszta to różne rodzaje deszczu).

Zabytków tak dużo, że po pewnym czasie przestają robić wrażenie. Jednak dowolny nasz drewniany kościół lub cerkiew rzuciłyby Włochów na kolana. Widziałem jak oni reagowali na drewniane zabytki w Polsce, słyszałem jak zachowywali się w Polsce Grecy, i jedni i drudzy za byle jaką drewnianą cerkiew oddaliby ze trzy antyczne świątynie.

Pyszne wino, przyzwoite piwo (szczególnie ostatnio), kapitalne jedzenie. Lepiej jadłem tylko w Grecji, jak dla mnie włoska kuchnia jest prawie doskonała. Ja jednak mówię głównie o kuchni domowej, to jest coś wspaniałego. W punktach masowego żywienia (ale nie dla turystów, mówię o stołówce studenckiej, knajpach na prowincji, odwiedzanych przez tubylców restauracjach w dużych miastach) jedzenie jest co najmniej dobre, czasem bardzo dobre. Na paskudne jedzenie trafiałem tylko pod obleganymi przez turystów miejscami (w takich miejscach gastronomia najczęściej była opanowana przez imigrantów).

W dużych miastach drogo jak szlag (ceny takie jak u nas, tyle że w euro), na nieturystycznej prowincji ceny prawie dwa razy mniejsze, szczególnie w restauracjach i usługi.

Na ulicach i w radiu praktycznie brak muzyki anglojęzycznej, króluje coś w rodzaju lekkiego popu, koniecznie o miłości i koniecznie po włosku. Trzeba dobrze szukać po skali, żeby znaleźć radio grające rocka.

Na prowincji olbrzymie przywiązanie do tradycji, czegoś takiego u nas nie widziałem. Bardzo popularne są małe, lokalne festiwale folklorystyczne, na których jako zespoły występują nawet pojedyncze rodziny demonstrujące tylko i wyłącznie tradycyjne stroje. Ludowe festyny w małych miasteczkach są fantastyczne, sam wygrałem butelkę wina w rzucie jakimś dziwnym ciężkim czymś do jajka. Ludzie na takich festynach są niezwykle sympatyczni i otwarci, można się tam doskonale bawić nawet nie znając języka. W ogóle odnosiłem wrażenie, że Włosi lubią ale i umieją wypić. Nawet na imprezach, których głównym (i jedynym) celem było picie wina, piją aby osiągnąć stan niegroźnej alkoholowej euforii.

Spelunek dla miejscowych też nie spotkałem, ale tam czegoś takiego chyba nie ma (jeżeli tak samo rozumiemy spelunkę). Natomiast maleńkich, nastrojowych kawiarni, winiarni, restauracji na 2 i pół stolika jest poza turystycznymi rewirami bez liku. Każdy Włoch musi w drodze do pracy wypić kawę i przegryźć ją rogalikiem, w przerwie na lunch też je na mieście. Są kawiarnie, które działają tylko rano, są takie, które otwierają się trzy razy dziennie (rano, na lunch, wieczorem) ale między 16oo a 19oo bardzo trudno zjeść coś włoskiego na mieście (trzeba zasuwać w rejony odwiedzane przez turystów lub szukać knajp azjatyckich lub arabskich).

Bazarów we Włoszech jest tylko trochę mniej niż kawiarenek. W dużych miastach w każdej dzielnicy dwa, trzy razy w tygodniu zamykane są określone ulice (zawsze te same danego dnia, np. ulica A w każdy poniedziałek a ulica B w każdą środę) i od rana do wczesnego popołudnia handluje się tam wszystkim (od świeżego tuńczyka, przez tanią zastawę stołową po spodnie, sery, wędliny i wino). Dodatkowo raz w tygodniu odbywa się centralny targ (także na wyłączonych z ruchu, tym razem na cały dzień, ulicach) ściągający setki, jeśli nie tysiące mieszkańców.

Tu wypiek pizzy na bazarze:


A tu ulica po zakończeniu handlu (dwie godziny później było już czyściutko):


W Mediolanie (w innych miastach z pewnością też) raz w miesiącu jest gigantyczna giełda staroci. Cały kwartał miasta handluje tam zardzewiałymi gwoździami, potłuczonymi kieliszkami, starymi obrazami, gazetami, książkami, żyrandolami, widłami i wszystkim, co ma więcej niż kilka lat.

No i piękne góry. Rozległe, czasem zagospodarowane, czasem dzikie.





Włochy to coś zupełnie innego niż wschód, ale i wschód zyskuje dopiero wtedy jak się opuści utarte szlaki. Prowincja we Włoszech ma to "coś", ma czar i urok. Tylko najlepiej poznawać ją z miejscowymi a nie z przewodnikiem.